STRONA OFICJALNA
2017.09.30
Derby z szachownicą
TAGI: Lech Poznań / legia warszawa / Grga Zlatoper / Stjepan Bobek / Chorwacja / historia / Warszawa /
Autor: Wojciech Bajak

W niedzielę rozegrane zostanie 113. spotkanie między Lechem Poznań, a Legią Warszawa w Ekstraklasie. Do tradycyjnych ognisk rozpalających tę rywalizację dochodzi tym razem jeszcze jedna, zupełnie nowa iskra. Oba kluby prowadzą bowiem obcnie chorwaccy trenerzy. To będzie zatem pierwsze starcie między dwoma szkoleniowcami z tego kraju w Ekstraklasie. Zespół gości niedzielnego starcia po raz kolejny ustawił więc busolę na ten kierunek. Przed laty bowiem pierwszego szkoleniowca oraz pierwszego piłkarza z tego kraju w historii najwyższej polskiej ligi zaangażowali własnie obecni mistrzowie kraju.

Sportem podszyta jest dusza niemal każdego Chorwata. Od wielu lat ten niewielki kraj należy do światowej czołówki w wielu sportach zespołowych. Sportem podszyta jest także historia tego państwa. Jego herb – słynna biało-czerwona szachownica – powstał po wygranym pojedynku w tej dyscyplinie między królem Stefanem Drżislavem, a synem doży weneckiego – Piotrem II Orseolo. Dziś ten motyw stanowi jeden z najważniejszych fundamentów suwerenności tego państwa.

 

Pół wieku po tym pojedynku jeden z następców Drżislava, Demetrius Zvonimir, wybudował swą główną rezydencję w Kninie, od tej pory znanym jako „Miasto Królów Chorwacji”. Tu kilkaset lat później narodził się pierwszy Chorwat w historii Ekstraklasy – bramkarz Grga Zlatoper.

 

 

 

Z LIGI JUGOSŁOWIAŃSKIEJ

 

Już pierwsze przepisy powołujące ligę dopuszczały możliwość gry obcokrajowców. Zastrzegały jednak konieczność czteroletniego pobytu w Polsce. Skorzystali na tym Rosjanie Jerzy Bułanow (Polonia Warszawa) i Paweł Akimow (Legia Warszawa), czy Niemcy z 1.FC Katowice. W miarę rozwoju rozgrywek złagodzono jednak regulamin. Skorzystał z tego właśnie Grga Zlatoper.

 

Gdy trafiał do Legii Warszawa w 1935 roku mógł się obawiać innego przepisu. „Zawodowstwo” nadal w Polsce uważano za „raka futbolu”. Poza granicami istniały jednak już profesjonalne drużyny. Stąd też wynikała afera, która pod koniec 1934 roku wybuchła w polskiej piłce, gdy Warszawianka wystawiła do gry reemigranta z Francji o nazwisku „Polski”. W Ekstraklasie rozegrał tylko jedno spotkanie, ale to wystarczyło, by wzniecić pożar. Okazało się bowiem, że we Francji miał on zawodowy kontrakt z Racingiem Lens, który zerwał, za co nad Sekwaną spotkała go dyskwalifikacja. – Polski pisze, że chciał zgłoszenie podpisać, lecz rozmyślił się, a ponieważ żadnego meczu w barwach Racingu nie rozegrał, przeto uważa, iż umowa nie weszła w życie i zerwana być nie mogła - relacjonował "Przegląd Sportowy" 

 

Na taką rafę musiała uważać też Legia Warszawa angażując Zlatopera. Był on bowiem jednym z pierwszych zawodników w historii Ekstraklasy, który grał wcześniej w klubie najwyższej ligi innego europejskiego państwa. Po prawdzie jednak za dużo tych występów nie było. W sezonie 1932/33 zaprezentował się w barwach HASK Zagrzeb tylko w starciu z wicemistrzem Jugosławii, Hajdukiem Split. Przeszło ono do historii lokalnej ligi. Według wielu wersji Vladimir Kragić strzelił w nim aż siedem goli (według innych pięć). Niestety niefortunnym bramkarzem, który wpuścił je do siatki był właśnie Zlatoper. Przez resztę rozgrywek pełnił rolę rezerwowego. Mimo tej klęski HASK zdobył brązowe medale za sezon 1932/33, a dzięki pojedynczemu występowi Zlatoper mógł zapisać ten sukces na swoje konto. - W HASK zbliżyłem się do przyjaznego bramkarza Grgy Zlatopera, studenta filozofii. Ten rozsądny Dalmatyniec miał szerokie kręgi znajomych.  – wspominał go kolega z drużyny Vladislav Baja Beljanski.

 

W tym czasie liga jugosłowiańska była jednak jeszcze amatorska. W przypadku Zlatopera nie groziły więc konsekwencje takie jak w sprawie Polskiego. Dodatkowo HASK był klubem akademickim, złożonym głównie ze studentów. Zlatoper studiował w Zagrzebiu od 1928 roku literaturoznawstwo i flozofię. Nim zaś trafił do drużyny z obecnej stolicy Chorwacji, grał w jednym z najstarszych klubów chorwackich – HNK Dinara Knin, a potem w leżącym nieopodal rodzinnej miejscowości - HNK Sibenik. Krótko – między 1933, a 1934 rokiem występował też w jednym z belgradzkich zespołów. Kolejnym jego przystankiem była już Legia Warszawa.

 

 

AKADEMICKI REPREZENTANT

 

Do Warszawy trafił na początku nie jako piłkarz, ale student Centralnego Instytutu Wychowania Fizycznego. Dzięki przeszłości bramkarskiej został zaangażowany przez Legię Warszawa. Już 16 marca 1935 roku Chorwat znalazł się w składzie zgłoszonym przez warszawian do rozgrywek. Nie było to jednak zbyt szeroko komentowane wydarzenie. Obecność w awizowanej drużynie to pierwszy ślad jego związków z polskim futbolem.

 

Na debiut w Ekstraklasie czekał potem jeszcze osiem miesięcy. Wcześniej w pierwszej drużynie Legii zagrał tylko w kwietniu 1935 roku w prestiżowym meczu towarzyskim przeciwko Sportklub Wiedeń, zakończonym porażką 2:4. – Bramkarz Zlatoper nie miał właściwie zbyt trudnego zadania. Winy w utracie bramek poza ewentualnym jednym wypadkiem nie ponosi. – skomentował „Przegląd Sportowy”. W lidze w tym czasie z ławki rezerwowych przyglądał się wyczynom Antoniego Kellera, golkipera uznawanego za nieobliczalnego, ale z reprezentacyjną przeszłością.

 

Po raz pierwszy w Ekstraklasie wszedł na boisko dopiero w listopadzie. Po trzeciej straconej bramce przez Legię w starciu z Wisłą w 32. minucie zmienił swego konkurenta, prawdopodobnie totalnie rozbitego psychicznie. On sam przepuścił jeszcze dwa gole: – Zlatoper w niczym go nie przewyższał. (…). Obaj bramkarze nie w formie. – komentował dziennikarz „Raz, dwa, trzy”. Do końca pobytu w Polsce nie wyrobił sobie dobrej marki piłkarskiej, choć w kolejnym sezonie zagrał w 11 z 20 spotkań ligowych Legii. 

 

 

„Nie mogliśmy dopatrzeć się wybitnej klasy u bramkarza Zlatopera”

 

("Przegląd Sportowy" po Legia Warszawa 2:4 Ruch Chorzów)

 

 

„Zlatoper nie zawinił, jednak nie wyglądał zbyt pewnie”

("Przegląd Sportowy" po Legia Warszawa 2:1 Warszawianka)

 

 

Proste błędy zdarzało mu się przeplatać jednak świetnymi interwencjami. - Prawdziwą zagadką w Legii był bramkarz Zlatoper. W pierwszej minucie wypuszczał z rąk najłatwiejsze piłki i poniekąd z Borowskim przyczynił się do utraty pierwszej bramki. Po przerwie zmienił sie wyraźnie na korzyść i to tak dalece, że należał do najlepszych graczy swego zespołu. – twierdził „Przegląd Sportowy” po starciu z Pogonią Lwów w maju 1936 roku

 

Pozytywne recenzje zyskał też po rywalizacji z ŁKS Łódź i dwoma spotkaniami z Wisłą Kraków. - Na wyróżnienie zasługiwałby bramkarz Zlatoper. Przeszedł on w niedzielę ciężki trening, z którego wywiązał się dobrze, interweniując często nie tylko odważnie ale i z ryzykiem. – pisał „Przegląd Sportowy”. Był to jednak koniec przygody Zlatopera z Ekstraklasą, a także - aż na 12 lat - samej Legii. W sezonie 1936 drużyna z Łazienkowskiej zaliczyła wszak swój jedyny jak dotąd w historii spadek z tego szczebla rozgrywkowego i jednym ze współodpowiedzialnych za wynik był właśnie Chorwat. Dorobek Zlatopera w Ekstraklasie zamknął się na trzynastu spotkaniach w których przepuścił aż 35 goli (średnio – 2,69/mecz) i tylko raz zachował czyste konto. Z nim w składzie Wojskowi odnieśli tylko dwie wygrane i jedenaście razy schodzili z boiska pokonani.

 

Grga Zlatoper przeżył też w Polsce… dwa epizody reprezentacyjne. W 1936 roku był powołany jako rezerwowy bramkarz dla Lucjana Rudnickiego na mecz kadry Ligi Polskiej z reprezentacją Wilna (choć po prawdzie to kluby same zgłaszały swoich zawodników do tego spotkania na prośbę trenera Andrzeja Przeworskiego), a w 1937 roku, gdy już zakończył przygodę z grą w Legii wystąpił jako student CIWF w Akademickiej Reprezentacji Polski przeciwko Belgom, w składzie między innymi z członkiem seniorskiej reprezentacji Czerwonych Diabłów – Jeanem Petitem. Mecz ten nie wypadł jednak najlepiej dla Chorwata: - Cały zespół był niezgrany, a już najsłabiej wypadli gracze renomowani ze Zlatoperem na czele

 

 

 

"GOVORI ZLATOPER..."

 

Jego macierzysty klub Dinara Knin w oficjalnej monografii  szczyci się trzema słynnymi bramkarzami związanymi z ich drużyną. Vladimir Beara, wicemistrz olimpijski był jej trenerem w latach 80-tych. Pozostali dwaj: Jug Grizelj i właśnie Grga Zlatoper, zasłynęli zaś nie wyczynami na boisku, ale przede wszystkim dzięki dziennikarskim umiejętnościom. 

 

Zlatoper bowiem nie zarabiał w Polsce na piłce. Od samego początku był przede wszystkim korespondentem belgradzkiego tygodnika „Politika” i właśnie w tej profesji zdobył ogromną sławę. Lata spędzone w piłkarskim środowisku przydały mu się jednak w przyszłości. Dzięki znajomościom jako jedyny korespondent zagraniczny został dopuszczony do relacji z treningów reprezentacji Polski przed dwumeczem eliminacji Mistrzostw Świata 1938 Polska – Jugosławia, elektryzującym publikę także w jego ojczyźnie.

 

 

Interesował się też innymi dyscyplinami. Dla „Politiki” pisał między innymi o przygotowaniach olimpijskich jednego z najlepszych średniodystansowców świata – Kazimierza Kucharskiego. Sam jeszcze w czasach, gdy mieszkał w Zagrzebiu był zaś jednym z najlepszych jugosłowiańskich wioślarzy. Nic dziwnego, bo pochodził z Knina, miasta położonego nad jedną z piękniejszych rzek Chorwacji – Krką. Ze swoją osadą klubową zdobył mistrzostwo kraju w „ósemce” i pojechał na Mistrzostwa Europy do Budapesztu w 1934 roku. Potem jego koledzy niemal w tym samym składzie rywalizowali na Igrzyskach Olimpijskich w Berlinie. On w tym czasie grał już w Legii Warszawa. W Polsce pozostał do samego wybuchu II Wojny Światowej, potem przeniósł się do Rzymu, a następnie do USA, gdzie ożenił się z Polką – Renatą Jurkiewicz

 

W Polsce nazwisko dawnego bramkarza Legii już nieco pokryło się kurzem. W krajach byłej Jugosławii obrosło natomiast legendą. Za oceanem Grga Zlatoper został bowiem spikerem Voice of America. Jego tradycyjne powitanie: – Glas Amerike. Govori Grga Zlatoper – codziennie docierało do kilku milionów mieszkańców Bałkanów i stało się jednym z symboli opozycji antykomunistycznej. Nie zerwał też swoich kontaktów ze sportem. Był sprawozdawcą Głosu Ameryki z Igrzysk Olimpijskich w Helsinkach, gdzie jego rodacy zdobyli srebro w piłce nożnej, a także został wiceprezydentem Unii Wolnych Sportowców Wschodniej Europy, zrzeszającej sportowców, którzy uciekli zza „żelaznej kurtyny”. Zlatoper okazał się też pierwszym człowiekiem, który przekazał informację o pobiciu rekordu Jugosławii w biegu na 100 m, przez księżną Czarnogóry skazaną na emigrację przez reżim Josipa Broz-Tito. Zmarł w 1976 roku w Waszyngtonie.

 

 

TYLKO JEDNO ALE

 

Zlatoper w HASK Zagrzeb o kilka miesięcy rozminął się ze Stjepanem Bobkiem. Drogi tego drugiego też w przyszłości wiodły do Legii. Właśnie on stał się pierwszym chorwackim trenerem w Ekstraklasie. 

 

Łączyły ich więc: klub w Chorwacji, klub w Polsce i narodowość. Choć Zlatoper posiadał obywatelstwa czterech różnych państw (Austro-Węgry, Królestwo SHS, Jugosławia, USA) nie dane mu było stać się oficjalnie Chorwatem, bo jego ojczyzna odzyskała suwerenność blisko dwie dekady po tym jak zmarł. Pomimo tego do dziś otoczony jest tam wielkim szacunkiem. Bobek natomiast zamiast uznania doczekał się od wielu łatki "zdrajcy".

 

Wcześniej miał zadatki, by zostać nowym idolem chorwackiej części Jugosławii. Błyskawicznie pokonywał kolejne szczeble kariery w HASK, austriackiej Admirze Wacker, a także najbardziej utytułowanym klubie Jugosławii – Gradanskim Zagrzeb.  Zadebiutował też w reprezentacji Niepodległego Państwa Chorwackiego. Pracował jednak jednocześnie też jako… strażnik więzienny, w kraju rządzonym przez ustaszy - reżim podległy Hitlerowi. - W dziale daktyloskopii – precyzował sam w wywiadzie dla gazety "Jutarnij list" - ale polityka mnie nie interesowała. Nigdy nie zaprzedałem mojej duszy. Pomogłem za to wielu osobom, ukrywając i przenosząc pocztę do więźniów. Nie nosiłem też czarnego uniformu ustaszy.

 

Po wojnie zaciągnął się do jugosłowiańskiej armii i został piłkarzem wojskowej reprezentacji kraju. Jego umiejętności zachwyciły dowództwo, dzięki czemu dostał przydział do tworzonego właśnie klubu Partizan Belgrad, a także przestronne mieszkanie w tym mieście. Przybywał tam jako Chorwat, z niejasnymi powiązaniami z ustaszami, skończył zaś jako legenda biało-czarnej części stolicy. W 468 meczach dla tej drużyny strzelił aż 403 gole, dwukrotnie zdobywał mistrzostwo Jugosławii, czterokrotnie sięgał po Puchar Jugosławii, dwa razy był królem strzelców ligi. W jednym z ligowych spotkań zdobył aż dziewięć bramek.

 

 

Wielkie sukcesy odniósł też w barwach reprezentacji. Dwa razy sięgał po wicemistrzostwo olimpijskie. W finale w Helsinkach zachwycił dryblingiem nawet swojego przeciwnika – słynnego Ferenca Puskasa. Trzydzieści osiem razy wpisywał się w spotkaniach Jugosławii na listę strzelców, dzięki czemu aż do końca istnienia tego państwa był najskuteczniejszym zawodnikiem kadry. Za swoje wyczyny został wynagrodzony tytułem „gracza wszech czasów Partizana”. - To mój ulubiony tytuł w karierze i sprawia mi przyjemność, ponieważ otrzymałem go dzięki głosowaniu. – mówił w wywiadzie dla dziennika „Jutarnij List”. 

 

I w tym wszystkim pojawia się tylko jedno „ale”…

 

 

DELEGACJA DO POLSKI

 

Po tym jak z Chorwacji przeniósł się do Belgradu dla wielu swoich rodaków stał się z miejsca zdrajcą i „czetnikiem”, czyli członkiem nacjonalistycznego ruchu serbskiego. Zawsze kiedy pojawiał się z Partizanem jako piłkarz albo trener na meczach z Dinamem Zagrzeb, nazywanymi „Derbami Jugosławii”, publiczność niemiłosiernie go wygwizdywała. Już jako szkoleniowiec przeżył krótki epizod w Dinamie. -  To był błąd. Przyszedłem, po tym gdy trenerem był Dražen Jerković [legenda Dinama - WB]. Potem on i niektórzy gracze na czele z Mladenem Ramljakiem, sabotowali mnie, więc zrezygnowałem. - opowiadał

 

Poza Dinamem prowadził też między innymi ukochanego Partizana, Panathinaikos Ateny, Olympiakos Pireus, Esperance Tunis, czy Vardar Skopje. Trzykrotnie był mistrzem Jugosławii, dwa razy zdobywał złoto w Grecji zgromadził też Puchary Grecji i Tunezji.

 

Swą szkoleniową karierę rozpoczynał jednak nie w ojczystym kraju, ale w Polsce – w dawnym klubie Grgy Zlatopera – Legii Warszawa. Na Łazienkowską trafił w roku zakończenia swej kariery. Krok ten ułatwił fakt, że Partizan był, tak jak stołeczny zespół drużyną wojskową, sam zaś Bobek - żołnierzem armii jugosłowiańskiej. Do Polski pojechał więc oficjalnie na… delegację. 

 

Na stanowisku szkoleniowca zastąpił swego rówieśnika – Kazimierza Górskiego w kwietniu 1959 roku. Do końca tamtego sezonu, rozgrywanego jeszcze w systemie wiosna-jesień, odpowiadał za wyniki Wojskowych. Do przedostatniej kolejki drużyna pod jego wodzą plasowała się na podium. W ostatnim meczu rozgrywek przegrała jednak u siebie 0:4 z Pogonią Szczecin i wypadła poza grono medalistów. Była to jedna z dwóch porażek Bobka jako szkoleniowca w Legii. Ponadto odniósł siedem zwycięstw i zanotował pięć remisów.

 

 

MIŁOŚNIK TITO

 

Od swego poprzedniego rodaka w Legii odróżniał się nie tylko bogatszym piłkarskim życiorysem, ale przede wszystkim też poglądami politycznymi. - Zawsze byłem we wszystkich możliwych wariantach politycznych z Josipem Broz-Tito, chociaż nigdy nie wstąpiłem do partii. Był prawdziwym człowiekiem i komunistą. – mówił Bobek w wywiadzie. Dzień śmierci Tity uważał za drugie najsmutniejsze wydarzenie w swoim życiu po zgonie żony. Bobek był więc wyraźnie po stronie komunistów z którymi tak zaciekle w tym samym czasie za pomocą fal radiowych walczył Grga Zlatoper.

 

Po odzyskaniu niepodległości przez Chorwację zdecydował się zostać w Belgradzie. -  Do Zagrzebia jednak wrócę, kiedy umrę. Chcę być pochowany w moim rodzinnym mieście na cmentarzu Mirogoj.  - mówił. Ta wola jednak nie została spełniona. Bobek zmarły przed 7 laty został pochowany w Belgradzie, gdzie spędził ponad sześć dekad życia.

 

fot. Informer.rs 
 

NASTĘPCY ZLATOPERA I BOBKA

 

Na tym na blisko pół wieku urywają się chorwackie ślady na ławkach trenerskich w Ekstraklasie. Dopiero na początku XXI wieku, w grudniu 2003 roku KGHM Zagłębie Lubin postanowiło zaangażować szkoleniowca z tego kraju – Drażena Beska. Chorwat awansował z Miedziowymi do najwyższej ligi, a także finału Pucharu Polski. Z pracy odszedł w 2005 roku. Następnie pojawili się: Nenad Bjelica oraz Romeo Jozak. W niedzielę stoczą oni pierwszy w historii bezpośredni pojedynek dwóch chorwackich trenerów w Ekstraklasie.

 

Co innego chorwaccy piłkarze. Liczba następców Grgy Zlatopera w najwyższej polskiej lidze przekroczyła już „60”. Wśród nich znajduje się między innymi Ivica Kriżanac – zdobywca Pucharu UEFA, Petar Brlek – obecnie piłkarz Genui, Ivica Vrdoljak – wieloletni kapitan Legii Warszawa, czy Silvio Rodić – uczestnik MŚ 2010.

 

CHORWACCY TRENERZY W EKSTRAKLASIE:

Stjepan Bobek (IV-XII 1959): Legia Warszawa - 12 meczów (7 zwycięstw, 5 remisów, 2 porażki)

Drażen Besek (XII 2003 - IX 2005): KGHM Zagłębie Lubin - 31 meczów (6 zwycięstw, 13 remisów, 12 porażek)

Nenad Bjelica (od VIII 2016): Lech Poznań - 40 meczów (23 zwycięstwa, 10 remisów, 7 porażek)

Romeo Jozak (od IX 2017): Legia Warszawa - 2 mecze (1 zwycięstwo, 1 porażka)

 

TOP 3 CHORWACKICH PIŁKARZY W EKSTRAKLASIE W LICZBIE MECZÓW:

1. Mate Lacić (Dyskobolia, KGHM Zagłębie, GKS Bełchatów) - 144

2. Ivica Vrdoljak (Legia Warszawa) - 128 

3. Tomislav Bozić (Górnik Łęczna, Wisła Płock) - 79

 

TOP 3 CHORWACKICH PIŁKARZY W EKSTRAKLASIE W LICZBIE GOLI:

1. Josip Barisić (Piast Gliwice, Arka Gdynia) - 22

2. Ivica Vrdoljak (Legia Warszawa) - 20

3. Petar Brlek (Wisła Kraków), Antonio Colak (Lechia Gdańsk) - po 10

 

Wojciech Bajak

fot. 400mm.pl

 


News

Lechia - Wisła P.: Magia Energi

2017.11.18

News

Sandecja - Lech: Powtórka z premiery

2017.11.18

News

Piast - Cracovia: Gościnna niemoc

2017.11.18

News

Czas na rewanże... przed 16. kolejką

2017.11.18

News

Wisła K. - Pogoń: Polak potrafi!

2017.11.17

News

Jagiellonia - Bruk-Bet Termalica: Powrót z zerami

2017.11.17
News

Statystyki po 15. kolejkach

2017.11.17
News

Sezon snajperów

2017.11.16
Używamy cookies w celach świadczenia usług, reklamy i statystyk. Korzystanie z witryny oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu. Polityka Prywatności X