STRONA OFICJALNA
2017.10.05
#ESAdoKadry: Decydujące mecze
Autor: Wojciech Bajak

Piłka klubowa i reprezentacyjna to dwie nierozłączne siostry futbolowe rządzące umysłami kibiców od wielu lat. Aż 39 z 50 bramek reprezentacji Polski na turniejach rangi Mistrzostw Europy i Świata zdobyli zawodnicy klubów Ekstraklasy. Od 1938 roku nie opuścili oni też żadnego meczu eliminacyjnego decydującego o awansie biało-czerwonych na mundial.

 

Reprezentacja Polski dotąd siedem razy zdobywała przepustkę na mundial. Decydujące mecze obrosły legendami, stworzyły bohaterów masowej wyobraźni i stały się częścią historii kraju. Wiele z tych epizodów napisali swoimi wyczynami zawodnicy z Ekstraklasy.

 

 

03.04.1938: Pierwszy awans

- Ile chcecie? Cztery wystarczą? – pytał zaczepnie przed pierwszym spotkaniem dwumeczu eliminacyjnego kolegów z „Przeglądu Sportowego” Grga Zlatoper - dawny piłkarz Legii, a w tym czasie już dziennikarz  belgradzkiego tygodnika „Politika”. 

 

Nie dziwiła pewność siebie Jugosłowian. To oni byli w tej parze losowani jako zespół rozstawiony. To oni rok wcześniej stali się sprawcami najwyższej porażki Polaków w dotychczasowej historii, gdy pokonali ich aż 9:3. To oni mieli w składzie zawodników z lig zagranicznych (m.in. Vilmosa Siposa z Ligue 1), podczas gdy Polacy nadal trzymali się krajowych piłkarzy. Dwóch piłkarzy (Adolf Krzyk, Ryszard Piec) z dwumeczu grało nawet poza Ekstraklasą. -  U nas czystego amatorstwa olimpijskiego właściwie nie ma. Jest tzw. półamatorstwo, to znaczy, że gracze wybitniejsi otrzymują przez kluby posady i podczas wyjazdów dostają diety. – mówił kierownik ekspedycji z Bałkanów doktor Andrejević.

 

Wielki szok musiały więc wywołać słowa spikera radia jugosłowiańskiego nadającego relację do kraju z pierwszego spotkania tego dwumeczu, rozgrywanego przy Łazienkowskiej w Warszawie, Bory Kesicia: - Do przerwy Polska prowadzi 2:0. I będzie można mówić o szczęściu, jeśli uda się zdobyć honorową bramkę. Polacy całkowicie zdominowali rywali. Ostatecznie zakończyło się na wyniku 4:0. Świetny mecz rozegrał Ernest Wilimowski. Zawodnik Ruchu Chorzów brał udział w trzech golach. Najpierw Leonard Piątek  oraz Jerzy Wostal (obaj AKS Chorzów) dobili piłki po jego strzałach, a na koniec sam przeprowadził rajd i wpadł z piłką do bramki. – To był najgorszy mecz w mojej karierze – przyznawał Franjo Glaser, uznawany za jednego z najznakomitszych bramkarzy globu.  – Wilimowski to klasa światowa, nadawałby się do wszystkich reprezentacji zawodowych – dodawał zaś selekcjoner Jugosławii Svetozar Popović. Poprzednio wyższą porażkę jego zespół poniósł w 1933 roku. Później pokonał zaś między innymi Brazylię (8:4), Czechosłowację (2:1), Polskę (9:3). Przegrana w takim stosunku przyszła więc niespodziewanie. Biało-czerwoni zaś poprzednio wyższe zwycięstwo zanotowali w 1932 roku (5:0 z Rumunią). 

 

Jedyny gol bez udziału Wilimowskiego padł w 3. minucie dzięki strzałowi z główki Piątka. Było to spore zaskoczenie dla publiczności. Jugosłowianie bowiem wyraźnie przewyższali Polaków warunkami fizycznymi. Jeden z nich, Ivan Stevović mierzył aż dwa metry. Dlatego też głównym okrzykiem kibiców niosącym się po trybunach przez cały mecz było „dołem! dołem!”.

 

Mało brakowało jednak, by występ Wilimowskiego został przedwcześnie przerwany. Po zderzeniu z Glaserem znalazł się bowiem dłuższy czas poza boiskiem. Po tym przewinieniu zdenerwowany selekcjoner Polaków, Józef Kałuża, aż wbiegł na boisko. Drogę do zwijającego się gracza zastąpił mu jednak kolos Stevović. Wcześniej ten sam gracz wskoczył na brzuch Jerzemu Wostalowi. Oba te faule publiczność skwitowała kilkuminutową porcją gwizdów. 

 

Bezpośrednimi świadkami tych wydarzeń było aż 30 tysięcy kibiców na stadionie przy Łazienkowskiej. Po meczu wbiegli oni na boisko, przerywając kordon policji by znieść na ramionach reprezentantów Polski. Awans był na wyciągnięcie ręki...

 

Gdyby nie było Wilimowskiego i Piątka – uwierzyłbym w cuda! – tonował wszelkie nadzieje swych rodaków przed rewanżem Zlatoper. Publiczność jednak nadal wierzyła w optymistyczny wariant. Kiedy polscy zawodnicy pojawili się w Belgradzie po podróży pociągiem i oglądali boisko do Władysława Szczepaniaka podbiegł jeden z jugosłowiańskich chłopców zatrudnionych do koszenia murawy. Na palcach pokazał liczbę „pięć”, sugerując ile goli stracą Polacy w starciu z kadrą „Plavich”.  Atmosferę podgrzewała też prasa, zachęcając do licznego stawiennictwa na stadionie. Wydano nawet specjalną jednodniówkę „Naprzód Nasi!”.

 

Pierwsi fani pojawili się na trybunach na sześć godzin przed początkiem starcia - o 10:00. O 14:00  było już 20 tysięcy widzów, a pół godziny później wezwano żandarmerię dla zaprowadzenia porządku, bo ludzie tłoczyli się i wzajemnie taranowali. Nie udało im się jednak przebić przez ten zbity kordon i zawrócili. Łącznie stawiło się ponad 25 tysięcy osób, dzięki czemu ustanowiony został rekord Belgradu. W przerwie - co było nowością - publiczność zagrzewano do wspierania rodaków walczących na boisku megafonem

 

Jugosłowianie pojawili się w Belgradzie dopiero rano w dniu meczu. Wcześniej przygotowywali się na kilkunastodniowym zgrupowaniu w Venacu. Na murawie mieli przewagę, ale udało im się zdobyć tylko jedną bramkę. Na dwadzieścia pięć minut przed końcem Edward Madejski z Wisły Kraków skapitulował po strzale Blagoje Marjanovicia z rzutu wolnego na linii pola karnego podyktowanego po ręce Antoniego Gałeckiego z ŁKS Łódź. Akurat w stałych fragmentach gry Jugosłowianie wyraźnie przeważali nad Polakami. Statystyki w tym meczu wskazywały na 17:3 w rzutach wolnych i 10:2 w rzutach rożnych dla nich.

 

 

- Mecz był bardzo ciężki. Atmosfera zdenerwowania na widowni udzieliła się również naszym graczom. Na każdym kroku spotykaliśmy się z zapowiedziami że przegramy 0:5. Mimo wszystko spełniliśmy swoje zadania. Wszyscy stanęli na wysokości, dostosowując się ściśle do instrukcji, jakie dostali od kapitana związkowego. Mogliśmy przy szczęściu nawet wygrać, gdyż w pierwszym kwadransie były korzystne pozycje. – twierdził Szczepaniak. Zdaniem sędziego spotkania to właśnie on był najlepszym graczem meczu. - Drużyna grała z wyjątkowym poświęceniem. Nie był to mecz o życie, ale walka o życie - dodawał szczęśliwy Józef Kałuża. Zwycięzców dwumeczu jugosłowiańska publiczność pożegnała oklaskami.

 

W Polsce triumf ten śledzono dzięki transmisji radiowej. Zainteresowanie było olbrzymie. Drużyna ŁKS Łódź jechała akurat w tym czasie autobusem do Radomia na spotkanie towarzyskie. Zawodnicy namówili jednak kierowcę, by zatrzymał się w Odrzywole, aby posłuchać relacji w jednym z domów.

 

 

Polska 4:0 Jugosławia (Piątek x 2, Wostal, Wilimowski)

Jugosławia 1:0 Polska (Marjanović)

Zawodnicy z Ekstraklasy w dwumeczu:

  • Wisła Kraków: Edward Madejski, Bolesław Habowski (1 mecz)
  • Polonia Warszawa: Władysław Szczepaniak, Erwin Nyc
  • ŁKS Łódź: Antoni Gałecki
  • Cracovia: Wilhelm Góra,
  • AKS Chorzów: Leonard Piątek, Jerzy Wostal
  • Ruch Chorzów: Ernest Wilimowski, Gerard Wodarz
  • Dąb Katowice: Ewald Dytko

 

 

17.10.1973: Legenda Wembley

Nie ma słynniejszego wydarzenia sportowego w historii Polski niż ten mecz. Nie ma słynniejszego gola w historii polskiej piłki niż nieczyste trafienie Jana Domarskiego o którym sam mawiał „przyszła, naszła, zeszła weszła”. Nie ma słynniejszego cytatu w dziejach polskiego komentarza sportowego niż „Ucieka teraz... Gadocha, Domarski... gol! Gol, proszę państwa! Sensacja na Wembley!” Jana Ciszewskiego. Dziewięćdziesiąt minut na legendarnym Wembley stało się eposem polskiej piłki, pod względem dramaturgii równym „Iliadzie” czy „Odysei”.

 

„Cud na Wembley”, „Bitwa o Anglię” – między innymi takie określenia przylgnęły do stoczonego na jednym z najsłynniejszych obiektów piłkarskich spotkania 17 października 1973 roku. Mawiano o nim też „zwycięski remis”, bo jeden punkt w tym starciu dawał Polakom wyjście z trzyzespołowej grupy do finałów mistrzostw świata. Wcześniej przegrali i wygrali z Walią, a także pokonali u siebie Anglię, co do dziś jest jedyną wygraną biało-czerwonych z tym rywalem. 

 

- O godzinie 13:00 Polacy zjedli obiad. Złożył się nań bulion z jajkiem, cielęce duszone filety z jarzynami i kompot z jabłek. Chciałem przygotować dla chłopców sok z pomarańczy, lecz nie mogłem znaleźć wirówki. Tuż przed meczem, już na stadionie podałem solidne kanapki. - wspominał "od kuchni" ten jeden z najważniejszych dni polskiej piłki Marian Klimczak, pełniący podczas tego wyjazdu rolę kucharza polskiej drużyny, na co dzięń pracujący w hotelu Cracovia. Mecz – jako członek sztabu – obejrzał z ławki rezerwowych. Z bliska miał okazję do śledzenia tego co 100 tysięcy fanów widziało z trybun, a 400 milionów ludzi na świecie z ekranów telewizorów! W Polsce ulice wyludniły się prawie do zera.

 

W przeddzień starcia ceny biletów u koników sięgały 90 funtów, co stanowiło 18-krotną przebitkę w porównaniu z kwotami w normalnej sprzedaży. Głowy angielskich fanów szykowały się na huczne święto. Wolne zaś były od złych przeczuć. Komfort – mimo konieczności wygranej w tym meczu – zapewniało okazałe zwycięstwo 7:0 nad Austrią odniesione tydzień wcześniej. Jeśli ktoś budził lęk, to przede wszystkim Kazimierz Deyna z Legii Warszawa. – Kazimierz Deyna – piłkarz, którego najbardziej obawia się Alf Ramsey - głosił podpis pod jednym ze zdjęć w „The Guardian”. 

 

Jednak nie jemu przypisana była rola największego bohatera tego meczu. Choć to „Kaka” oddał jedyny (!) strzał Polaków w I połowie tego meczu. W rzutach rożnych po pierwszych 45 minutach wynik wynosił 16:0 (!!) dla Anglików. Polakom z rzadka udawało się w ogóle przekroczyć linię środkową boiska. Biało-czerwoni zostali całkowicie stłamszeni przez butnych, pewnych siebie Anglików, którzy podczas hymnów żuli gumę, a ich kibice krzyczeli „Animals!” gdy tylko goście próbowali konstruować akcję.

 

Pod względem liczby kontaktów z piłką spośród biało-czerwonych wybijał się jedynie bramkarz – Jan Tomaszewski z ŁKS Łódź. Był na posterunku zawsze, kiedy potrzebowała go drużyna, Tylko dzięki niemu udało się zachować wynik 0:0 w I połowie, choć… bronił z kontuzją. Na początku spotkania z powodu olbrzymiego tumultu nie usłyszał okrzyku Adama Musiała z Wisły Kraków, przez co rzucił piłkę niemal pod nogi angielskiego napastnika Allana Clarke’a. Aby zapobiec utracie gola nakrył ciałem futbolówkę. Niestety jego dłoń spotkała się z czubkiem stopy przeciwnika. Lekarz kadry zamroził mu rękę preparatem, co go natychmiast otrzeźwiło i do końca zachował czujność. Przed tą transmisją sławny angielski trener Brian Clough nazwał go w telewizyjnym studiu „cyrkowym klaunem”

 

 - No to co? Wytrzymaliście I połowę, to chyba w II też dacie radę? – stwierdził Kazimierz Górski, przemawiając w przerwie do swych zawodników. Po powrocie na boisko biało-czerwoni otrząsnęli się z bojaźliwości. Coraz częściej przedostawali się w okolice pola karnego. Aż wreszcie w 57. minucie po rajdzie ruchliwego Grzegorza Laty ze Stali Mielec podanie na linii pola karnego otrzymał jego klubowy kolega – Jan Domarski. Niezbyt czysty strzał okazał się nie do zatrzymania dla Petera Shiltona.

 

 

Domarski jednak tylko na krótko zepchnął z piedestału w polskiej ekipie Tomaszewskiego. Po stracie bramki Anglicy bowiem rzucili się jak opętani do ataku. Bramkarz Polaków skapitulował jednak tylko raz – z rzutu karnego podyktowanego za faul Adama Musiała na Martinie Petersie. Anglik po latach przyznał, ze symulował… 

 

W ostatnich minutach napór się wzmógł. Po jednym ze strzałów Clarke był już pewny, że zmusił do kapitulacji Tomaszewskiego. Kiedy chciał się zacząć cieszyć zobaczył jednak jak Polak odbija piłkę po intuicyjnej obronie. Polacy zresztą też mogli ponownie wyjść na prowadzenie. Grzegorz Lato wyszedł na pozycję „sam na sam”, ale Roy McFarland powalił go na ziemię. Sędzia przyznał za to przewinienie tylko żółtą kartkę i rzut wolny. 

 

Olbrzymiego napięcia w końcówce nie wytrzymał Kazimierz Górski. Jeden z najspokojniejszych trenerów musiał zejść do szatni nim zegar wybił koniec starcia. Wcześniej nie przeprowadził ani jednej zmiany, by nie psuć maszyny dającej skutecznie odpór Anglikom. Wreszcie gwizdek Vitala Loraux oznajmił pierwszy awans reprezentacji Polski od blisko 40 lat! "Koniec świata! - Anglia wyeliminowana z wielkiego finału" – zatytułował swą relację The Sun. Inne gazety brytyjskie również nie szczędziły gorzkich słów: 

 

  • "Anglicy atakowali z furią, ale powstrzymali ich Polacy" (The Guardian), 
  •  „Hunter we łzach” (Times) 
  • "Noc angielskiej tragedii" (Daily Mirror)

 

W Polsce zapanowały zgoła odmienne nastroje: - Zaraz po końcowym gwizdku belgijskiego sędziego zaroiło sie na ulicach. Spontanicznie tworzyły się grupy i pochody. Niesiono biało-czerwone flagi, wiwatowano na część piłkarzy i kierownictwa ekipy. - pisał Dziennik Polski.

 

Po meczu Anglicy zapukali jeszcze do szatni sędziego Loraux. Wręczyli mu piłkę z tego meczu, aby symbol największej klęski futbolowej nie znajdował się w ich kraju. Nie wystarczyło im jednak odwagi, by zaproponować ją w darze Polakom. Choćby Janowi Tomaszewskiemu, który tym jednym występem zapracował na wieczną chwałę.

 

  • "To cudowny wspaniały, fenomenalny zawodnik" (BBC)
  • "Nigdy nie widziałem tak świetnego zagranicznego bramkarza" (trener Alf Ramsey dla ITV)
  • „Koncert gry, jakiego nie powstydziłby się Zamorra” (Dziennik Polski)
  • "Wyłapał co najmniej cztery strzały, których fizycznie nie można było obronić" (Corriere della Serra)
  • "Bramkarz wszech czasów" (Expressen)

 

Brian Clough przeprosił Tomaszewskiego za swoje słowa rok później podczas przypadkowego spotkania na lotnisku.

 

 

Anglia 1:1 Polska (Clarke /k./ - Domarski)

 Zawodnicy z Ekstraklasy w meczu:

  • ŁKS Łódź: Jan Tomaszewski, Mirosław Bulzacki
  • Wisła Kraków: Antoni Szymanowski, Adam Musiał
  • Górnik Zabrze: Jerzy Gorgoń
  • Legia Warszawa: Lesław Ćmikiewicz, Kazimierz Deyna, Robert Gadocha
  • Stal Mielec: Henryk Kasperczak, Grzegorz Lato, Jan Domarski

 

 

29.10.1977: Róg Deyny

Polacy na kolejnych MŚ mieli bronić srebrnych medali wywalczonych na poprzedniej edycji. Uważano ich więc za faworytów do awansu. O przepustkę musieli się jednak bić do ostatnich sekund rywalizacji. W grupie przyszło im rywalizować z Cyprem oraz dwoma umacniającymi się w hierarchii europejskiej zespołami – Portugalią i Danią.

 

Polacy wygrali pierwsze pięć spotkań, ale Portugalia dotrzymywała im kroku. Poza porażką u siebie z biało-czerwonymi miała na koncie trzy zwycięstwa w trzech spotkaniach. Różnica między tymi zespołami wynosiła więc cztery punkty. O ile jednak Polska kończyła eliminacje na rewanżowym starciu z tym rywalem, o tyle drużyna z zachodu Półwyspu Iberyjskiego miała jeszcze potem w perspektywie rywalizację z Cyprem. Przy dwóch wysokich wygranych, mogła zatem jeszcze liczyć na przepustkę do Argentyny. Biało-czerwonym wystarczał zaś remis.

 

Były to historyczne eliminacje. Po raz pierwszy bowiem selekcjoner skorzystał też z zawodników zagranicznych lig. Oprócz zawodników z Ekstraklasy, selekcjoner Jacek Gmoch dał też zagrać Włodzimierzowi Lubańskiemu z KSC Lokeren. W decydującym spotkaniu był on jednak kontuzjowany i skład w całości został złożony z zawodników występujących nad Wisłą. Lubański kibicował zaś swym kolegom z trybun Stadionu Śląskiego.

 

Pierwszy raz bowiem ten decydujący o awansie mecz rozegrano w Polsce. Wybór padł na słynny „Kocioł Czarownic” w Chorzowie, gdzie wcześniej biało-czerwoni przeżywali wielkie chwile - wygraną 2:1 z ZSRR (1957 r.), 2:0 z Anglią (1973 r.), czy 4:1 z Holandią (1976 r.). Przed spotkaniem polscy zawodnicy odbyli jeszcze zgrupowanie w miejscowości Kamień obok Rybnika.

 

- Nie ukrywajmy: zwycięstwo nad Polską na Śląskim jest prawie niewykonalne. Przekonało się o tym wiele renomowanych drużyn – mówił Julio Cernadas Perreira, portugalski selekcjoner. Również i jego drużynie nie udało się tego dokonać. Stać ją było tylko na remis. 

 

Prowadzenie objęli Polacy po genialnym strzale bezpośrednio z rzutu rożnego Kazimierza Deyny. Niezwykły wyczyn został jednak skwitowany przez publiczność olbrzymimi gwizdami. - Moja radość byłaby większa, gdyby udało mi się strzelić jeszcze jedną, a okazje były. Wtedy koledzy mogliby grać spokojni o końcowy rezultat. Zdeprymowało mnie jednak przyjęcie zgotowane prze kibiców. Kibice potrafią być okrutni... - stwierdził Deyna w wywiadzie pomeczowym. 

- Jestem pełen uznania dla gry Kazimierza Deyny i dlatego nie rozumiem skąd te gwizdy pod jego adresem. To może załamać najbardziej odpornego zawodnika - komentował Lubański.

 

Portugalczycy zdołali odpowiedzieć tylko jednym golem. Po godzinie gry strzelił go Manuel FernandesBramki nie zdobył za to jeden z internacjonałów w tej ekipie - Joao Resende Alves. Wszystko dzięki jego osobistemu opiekunowi, którym został młody zawodnik Wisły Kraków, a obecnie selekcjoner reprezentacji Polski, Adam Nawałka: - Alves to bardzo dobry piłkarz, jednak nawet najlepszy gdy ma swojego opiekuna niewiele może zdziałać. Cieszę się, ze wypełniłem powierzone mi zadanie, choć przyznaje, że było ono ciężkie. Alves to uciążliwy rywal, nienagannie wyszkolony technicznie. Dlatego w końcówce nie dałem mu rady

 

Alves rewanżował się pochwałą dla swego rywala: - Zawodnik z numerem 11 biegał za mną jak cień, dlatego nie jestem w pełni zadowolony ze swojej gry, ale gdy ma się takiego opiekuna, trudno budować atak.

 

 

Polska 1:1 Portugalia (Deyna - Fernandes)

Zawodnicy z Ekstraklasy w meczu:

  • ŁKS Łódź: Jan Tomaszewski, Bohdan Masztaler
  • Pogoń Szczecin: Henryk Wawrowski
  • Śląsk Wrocław: Jan Erlich, Władysław Żmuda
  • Wisła Kraków: Henryk Maculewicz, Adam Nawałka
  • Zagłębie Sosnowiec: Wojciech Rudy
  • Stal Mielec: Henryk Kasperczak, Grzegorz Lato, Andrzej Szarmach
  • Legia Warszawa: Kazimierz Deyna
  • Widzew Łódź Zbigniew Boniek

 

 

10.10.1981: Awans przed końcem

Po raz pierwszy reprezentacji Polski udało się wywalczyć awans przed ostatnim meczem w grupie. Biało-czerwoni tym razem trafili bowiem do trzyzespołowej grupy: z NRD i Maltą. Kluczem były jednak przede wszystkim spotkania z zachodnim rywalem. Polacy mierzyli się z nimi 2 maja w Chorzowie (1:0) i w 44. rocznicę pierwszej wygranej w el. MŚ (4:0 z Jugosławią) – 10 października na stadionie w Lipsku. W tabeli mieli przewagę dwóch punktów, ale w przypadku porażki o wszystkim zadecydowałby bilans bramkowy, a oba zespoły czekały jeszcze pojedynki z Maltą na własnych boiskach. Wygrana zapewniała więc Polakom bezwzględnie awans. Remis oznaczał konieczność zwycięstwa z Maltą. Porażka skazywała na żmudne liczenie goli, naturalnie w razie planowych zwycięstw biało-czerwonych i NRD z najsłabszym rywalem w grupie.

 

Polacy jechali jednak na teren, gdzie poprzednio zwyciężyli w 1954 roku. Na stutysięczny stadion, wypełniony po brzegi. W dodatku przystępowali do rywalizacji z krajem posiadającym w tym czasie lepsze drużyny klubowe. - Ostatnie wyniki każą upatrywać faworyta w zespole NRD - pesymistycznie twierdziła prasa polska.

 

Wcześniej biało-czerwoni odbyli zgrupowanie w Kamieniu. W tym samym ośrodku, który przyniósł im szczęście cztery lata wcześniej, przed rywalizacją z Portugalią. Najważniejszym zadaniem na zgrupowaniu było znalezienie świeżości. - Przychodzą na zgrupowanie flaczki, a Piechniczek przemienia je w pełnoprawnych zawodników – mówił kierownik reprezentacji Edward Kucowicz

 

Zaprawa się przydała. W Lipsku od pierwszych minut rzucili się zaskoczonym gospodarzom do gardeł. Po 300 sekundach od premierowego gwizdka prowadzili już 2:0, dzięki trafieniom Andrzeja Szarmacha z AJ Auxerre oraz Włodzimierza Smolarka z Widzewa Łódź. Zawodnik z Ekstraklasy okiwał bramkarza rywali, ale piłkę do siatki wbił na raty, bo jeszcze uwikłał się w drybling z obrońcą przeciwników. Po przerwie kontakt „Dederonom” dał rzut karny wykonany przez Rudigera Schnuphase. Wkrótce potem jednak drugie trafienie zaliczył Smolarek. Asystę przy nim zanotował obecny prezes PZPN – Zbigniew Boniek. Ostatecznie skończyło się wynikiem 3:2 dla Polski, co zapewniło jej trzeci awans z rzędu do MŚ. – Dla mnie to drugie największe przeżycie w karierze po remisie na Wembley – pisał sprawozdawca „Trybuny Robotniczej” Zbigniew Dutkowski

 

 

NRD 2:3 Polska (Schnuphase /k./, Streich - Szarmach, Smolarek x 2)

Zawodnicy z Ekstraklasy w meczu:

  • Widzew Łódź: Józef Młynarczyk, Władysław Żmuda, Zbigniew Boniek, Włodzimierz Smolarek
  • ŁKS Łódź: Marek Dziuba
  • Legia Warszawa: Paweł Janas, Stefan Majewski
  • Wisła Kraków: Jan Jałocha, Andrzej Iwan
  • Górnik Zabrze: Waldemar Matysik
  • Śląsk Wrocław: Roman Wójcicki

 

 

11.09.1985: Z Diabłami w Kotle 

Ten awans zwieńczył serię czterech eliminacji mundialowych z rzędu zakończonych pierwszym miejscem Polaków w grupie. Podobnie jak w 1974 i 1978 roku biało-czerwonym przyszło walczyć o prawo gry na największej imprezie piłkarskiej globu do ostatniego spotkania. Rywalami grupowymi były niewygodne Albania i Grecja. Największe zagrożenie stanowili jednak Belgowie – wicemistrzowie Europy 1980 z Jean-Marie Pfaffem oraz Enzo Scifo, uznawanymi za europejską czołówkę na swoich pozycjach. Nic zatem dziwnego, że właśnie z Czerwonymi Diabłami trzeba było bić się o awans do samego końca. A o wszystkim decydował bezpośredni mecz

 

Po siedmiu kolejkach Polacy mieli na koncie 3 zwycięstwa, 1 remis i 1 porażkę. Belgowie po niespodziewanej przegranej w Albanii legitymowali się identycznym dorobkiem. Oba zespoły miały też identyczny bilans bramkowy. Biało-czerwoni strzelili jednak więcej goli, co stawiało ich w uprzywilejowanej pozycji. Każda zdobycz punktowa dawała więc awans. Porażka spychała biało-czerwonych do baraży. 

 

Belgowie przyjechali do Chorzowa pewni swego. Utwierdzało ich w przekonaniu zwycięstwo odniesione nad Polską u siebie w tych samych eliminacjach. Aurę awansu nad swoimi graczami roztaczał też selekcjoner Czerwonych Diabłów Guy Thys. Podobnie wypowiadał się też Enzo Scifo: - Jesteśmy faworytami – mówił z przekonaniem przed spotkaniem.

 

Sam przebieg starcia jednak tego nie odzwierciedlał. Belgowie przycisnęli dwukrotnie biało-czerwonych. Na posterunku stał jednak wtedy rozgrywający świetne spotkanie Józef Młynarczyk. Po zakończeniu spotkania dzięki temu powędrował na ręce kolegów. Golkiper SC Bastii był jednym z dwóch przedstawicieli obcych lig w składzie Polaków. Drugim zaś Zbigniew Boniek reprezentujący AS Romę. To właśnie aktualny prezes PZPN był najbliżej strzelenia gola w tym spotkaniu. Jego strzał z 14 metrów zatrzymał się jednak na słupku. Pozostałych jedenastu zawodników (9 z podstawowego składu i dwóch rezerwowych) grało dla drużyn z polskiej ligi.

 

Ostatecznie skończyło się na wyniku 0:0. Obrażony trener Guy Thys nie stawił się nawet na konferencję prasową. Innym negatywnym bohaterem Belgów był Eric Gerets. Najpierw brutalnie sfaulował Włodzimierza Smolarka, zmuszając Antoniego Piechniczka do przeprowadzenia zmiany. Potem po faulu Romana Wójcickiego przed „16” usiłował wymusić rzut karny. Swój występ zakończył zaś staranowaniem selekcjonera gospodarzy przy wyrzucaniu piłki z autu.

 

 

- Wyniku remisowego nie można uznać za szczęśliwy, bowiem to myśmy posiadali trzy idelane sytuacje do strzelenia goli. – stwierdził Piechniczek.

 

- Był to dla mnie najważniejszy mecz w dotychczasowej karierze. Chcieliśmy wygrać, nie udało się, ale jedziemy do Meksyku. Owszem grałem twardo, ale przecież Belgowie również nie przebierali w środkach - opowiadał na gorąco obecny trener Śląska Wrocław, Jan Urban, jeden z najlepszych zawodników tego meczu.

 

 

Polska 0:0 Belgia

 Zawodnicy z Ekstraklasy w tym meczu:

  • Lech Poznań - Krzysztof Pawlak
  • Pogoń Szczecin - Marek Ostrowski
  • Widzew Łódź - Kazimierz Przybyś, Roman Wójcicki, Włodzimierz Smolarek
  • Legia Warszawa - Andrzej Buncol, Dariusz Dziekanowski
  • Górnik Zabrze - Waldemar Matysik, Ryszard Komornicki, Jan Urban, Andrzej Pałasz

 

 

01.09.2002: Zrzucenie klątwy

- Przekazuję pałeczkę następcy i życzę, żeby co najmniej dwa razy doprowadził reprezentację do finałów z lepszym stylem i osiągnięciami. – mówił Antoni Piechniczek po dymisji w 1986 roku - Jeśli w następnych czterech edycjach osiągniemy co najmniej 1/8 finału będzie to dla nas satysfakcja. Życzę polskim kibicom by za cztery lata ponownie mogli wysłuchać polskiego hymnu. – dodawał Zbigniew Boniek

 

 

Te słowa zostały uznane za klątwę. Po raz kolejny reprezentacja zagrała bowiem na MŚ dopiero 16 lat od Meksyku. Był to jednocześnie pierwszy awans po upadku komunizmu. Doprowadził do niego w roli selekcjonera Jerzy Engel. Trafił może nie na najbardziej utalentowany rocznik, ale z pewnością jeden z najbardziej zgranych. Dodatkowo zbudował w tym towarzystwie świetną atmosferę.

 

Znakiem czasów był już zmniejszony udział zawodników z Ekstraklasy w sukcesie. Otwarte bramy na Europę spowodowały, że piłkarze zaczęli wyjeżdżać do innych lig. Widać to choćby po składzie desygnowanym przez Engela na decydujące starcie eliminacji. W wyjściowym zestawieniu znaleźli się między innymi gracze Liverpoolu, Schalke 04, Olympique Marsylia, czy Panathinaikosu Ateny. Wśród nich tylko jeden zawodnik z rodzimych rozgrywek – prawoskrzydłowy Legii Warszawa: Bartosz Karwan.

 

Polacy do meczu z Norwegią przystępowali po serii 7 meczów eliminacyjnych bez porażki. Dzięki temu posiadali przewagę pięciu punktów nad Białorusią oraz siedmiu nad Ukrainą. Poza nimi rywalami byli też Walijczycy, Ormianie, a przede wszystkim Norwegowie w składzie z Ole Gunnarem Solskjaerem, Tore Andre Flo oraz Johnem CarewSzalenie wyrównana grupa – miał powiedzieć Franz Beckenbauer po losowaniu, cytowany przez trenera Polaków w biografii „Futbol na tak”. To właśnie zawodnicy z Kraju Fiordów byli rywalem Polaków w meczu, który dał biało-czerwonym przepustkę do Korei i Japonii. 

 

Mecz wypadał szczególnym dniu dla Polaków – pierwszego września. Stąd trener dla zmotywowania swoich graczy na odprawie puścił im film z motywami II Wojny Światowej. - Nie musiał nic więcej mówić – wspominał potem Michał Żewłakow.

 

Na boisku – znów na Stadionie Śląskim – Polacy po raz drugi rzucili w tych eliminacjach na kolana losowaną z 1. koszyka Norwegię. po 3:2 w Oslo, w Chorzowie znów strzelili im trzy gole, ale tym razem nie stracili żadnej. Pierwszą bramkę zdobył Paweł Krzyszałowicz w samej końcówce I połowy. Na kolejne trafienia trzeba było poczekać do ostatniego kwadransa gry. Wynik podwyższyli naturalizowany Nigeryjczyk Emmanuel Olisadebe – w tym spotkaniu po raz pierwszy występujący jako zawodnik Panathinaikosu Ateny, wcześniej gracz Polonii Warszawa – i Marcin Żewłakow po podaniu Karwana. Oprócz skrzydłowego Legii w końcówce na boisku zameldował się jeszcze jeden przedstawiciel Ekstraklasy – Arkadiusz Bąk, który zmienił Piotra Świerczewskiego.

 

Dzięki tej wygranej Polska została pierwszą europejską drużyną z wywalczonym awansem w tych eliminacjach. Nigdy wcześniej nie udało jej się też świętować promocji już we wrześniu, na dwie kolejki przed końcem zmagań.

 

 

Polska 3:0 Norwegia (Kryszałowicz, Olisadebe, Ma.Żewłakow)

Zawodnicy Ekstraklasy w tym meczu

  • Legia Warszawa - Bartosz Karwan
  • Polonia Warszawa - Arkadiusz Bąk

 

 

08.10.2005: Sprzed telewizorów na mundial

 Jeden z najdziwniejszych awansów w historii. W chwili jego potwierdzenia na boisku nie było ani jednego piłkarza z Ekstraklasy. Żaden z zawodników nie miał też na koncie występu w reprezentacji Polski. Przed spotkaniem odegrano zaś nie „Mazurek Dąbrowskiego”, ale „Kde domov muj” i „Wilhelmus vas Nassouwe”. Promocję biało-czerwonych uzyskali bowiem przed ekranami telewizorów, dzięki wygranej Holendrów 2:0 nad Czechami.

 

Polacy wcześniej zapewnili sobie co najmniej drugie miejsce w grupie. Na dziewięć spotkań przegrali tylko raz - z Anglią, wygrywali zaś po dwa razy z Austrią, Walią, Azerbejdżanem i Irlandią Północną. Przed ostatnim spotkaniem, rewanżem z Synami Albionu, znajdowali się na pierwszej pozycji z przewagą dwóch punktów. W razie porażki furtkę do awansu bez baraży otwierała im jednak jeszcze jedna możliwość. Według regulaminu UEFA dwie najlepsze drużyny z drugich miejsc ośmiu europejskich grup miały gwarantowany bezpośredni udział w turnieju. Porażka Czechów z Holendrami zapewniła zaś Polakom co najmniej drugie miejsce w tabeli porównawczej wiceliderów.

 

 

Zamiast braw na stadionie od tłumów kibiców lub nocnego powitania na lotnisku piłkarzom tym razem musiała wystarczyć... Maryla Rodowicz odgrywająca nieśmiertelny „Futbol” w studiu TVP wraz z innymi celebrytami. Telewizja przeprowadziła bowiem łączoną transmisję starcia w Pradze oraz Chorwacji ze Szwecją, gdzie również mógł paść satysfakcjonujący wynik.

 

Poprzedni mecz przed awansem, pieczętujący liczbę punktów, która wystarczyła im do awansu Polacy zagrali blisko miesiąc wcześniej – w Chorzowie, gdzie po dramatycznym boju pokonali 3:2 Austrię, dzięki golom Euzebiusza Smolarka, Kamila Kosowskiego i Macieja Żurawskiego oraz pamiętnym wybiciu piłki z linii bramkowej w ostatniej akcji spotkania przez Arkadiusza Radomskiego. Cały kwartet reprezentował zagraniczne zespoły. W meczu wzięło udział w sumie trzech zawodników Ekstraklasy - Marcin Baszczyński, Tomasz Kłos, Radosław Sobolewski.

 

Wojciech Bajak

fot. 400mm.pl


News

Lechia - Wisła P.: Magia Energi

2017.11.18

News

Sandecja - Lech: Powtórka z premiery

2017.11.18

News

Piast - Cracovia: Gościnna niemoc

2017.11.18

News

Czas na rewanże... przed 16. kolejką

2017.11.18

News

Wisła K. - Pogoń: Polak potrafi!

2017.11.17

News

Jagiellonia - Bruk-Bet Termalica: Powrót z zerami

2017.11.17
News

Statystyki po 15. kolejkach

2017.11.17
News

Sezon snajperów

2017.11.16
Używamy cookies w celach świadczenia usług, reklamy i statystyk. Korzystanie z witryny oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu. Polityka Prywatności X