STRONA OFICJALNA
2014.09.15
Wójcik: Z Ekstraklasą jestem na bieżąco

Na boisku krzyczy i motywuje, na scenie rozśmiesza do łez. Piłkarz, nauczyciel wychowania fizycznego, entuzjasta sportu w każdej postaci i w końcu założyciel kabaretu Ani Mru Mru, Marcin Wójcik opowiada nam o życiu przesiąkniętym sportem, kibicowaniu, swojej karierze, podejściu do wychowania fizycznego młodych i najważniejszym meczu piłkarskim, w jakim udało mu się zagrać.

Od dziecka był pan skazany na sport, prawda?

Śmiało można powiedzieć, że pochodzę ze sportowej rodziny. Zaczynając od najstarszych, mój dziadek był prezesem Lubelskiego Związku Piłki Nożnej, dzięki czemu na mecze chodziłem już w wieku sześciu lat - opowiada Marcin Wójcik, założyciel kabaretu Ani Mru Mru. - Ojciec od wielu, wielu lat jest kierownikiem drużyny i działaczem w lubelskim klubie, dwóch wujków jest trenerami, brat sędziuje… W związku z tym wszystkim ja też grałem w piłkę na poziomie juniorskim i seniorskim, z mniejszymi lub większymi sukcesami, ale przez całe życie jestem ze sportem związany – głównie z piłką nożną.

Poszedł pan na studia na AWF. Chciał pan zostać w sporcie na dłużej?

Wybór uczelni był tylko kontynuacją tak zwanej kariery piłkarskiej. Idąc na studia do Białej Podlaskiej byłem czynnym piłkarzem, tam trafiłem do zespołu i mogłem grać w piłkę. Tak naprawdę zastanawiałem się między filologią angielską i Akademią Wychowania Fizycznego, jednak przeważyło przywiązanie do sportu. Dopiero później, już po skończeniu studiów okazało się, że odżyły we mnie zupełnie inne talenty. Dotarło też do mnie, że skoro w wieku 25 czy 26 lat nie gram w reprezentacji Polski czy Ekstraklasie, to już czas spróbować sił na innym polu. Okazało się, że to był dobry wybór.

Trudno było zostawić życie sportowca?

I trudno, i nie trudno. Człowiek jest przyzwyczajony do treningów po sześć razy w tygodniu, a tu nagle znika dyscyplina. Jednak aspekt artystyczny, odkrywanie w sobie nowych talentów i umiejętności oraz fakt, że ludziom podoba się to, co z kolegami robimy, to wszystko było tak fantastycznym doznaniem – zresztą nadal jest – że przyćmiło sport.

Już jako były piłkarz miał pan okazję zagrać na Stadionie Narodowym. Duże przeżycie?

Tak, udało mi się tam zagrać, a przeżycie było ogromne! Pomyślałem sobie później, chociaż zabrzmi to może nieskromnie, że zdecydowana większość polskich piłkarzy nigdy nie będzie miała okazji tu zagrać, a ja wyszedłem i jakby nigdy nic rozegrałem mecz międzynarodowy przeciwko Ukrainie.

Jak opisałby pan siebie jako piłkarza?

Oj, jestem straszny! Na boisku jestem jeszcze gorszy, niż jako kibic. W czasach piłkarskich zawsze byłem obrońcą i to prawdziwym twardzielem, którego naprawdę niełatwo było minąć. Podczas meczu strasznie się denerwuję, emocjonuję, krzyczę na wszystkich dookoła, ale oczywiście w ramach przepisów. Koledzy, którzy ze mną grają wiedzą, jaki jestem i śmieją się, że w cokolwiek bym nie grał, zawsze muszę zwyciężyć. To prawda, bo nie potrafię zrozumieć ludzi, którzy wychodząc na boisko mówią „Przecież gramy tylko dla zabawy.” Skoro tak, to idźcie sobie pograć w szachy. Mnie od małego zaszczepiono, że gra się po to, żeby wygrać. Obojętne w co, z kim i gdzie grasz. W zeszłym roku zapisaliśmy się z kolegami do ligi szóstek, której mecze rozgrywane były na Orlikach. Kiedy rozeszła się wiadomość, że w jednej drużynie grają między innymi Marcin Wójcik z kabaretu Ani Mru Mru i Andrzej Mierzejewski z kabaretu Smile, to ludzie podczas niedzielnych spacerów przychodzili z dziećmi popatrzeć, jak gramy i pokazywali: „Patrz synku, to ten pan z telewizji.” Problem pojawiał się już po trzech-czterech akcjach, bo kiedy rzuciłem mocną wiązankę, krzyczałem na kolegów z obrony, to rodzice zatykali dzieciom uszy i zabierali je z powrotem do domu. Mogłem przez to stracić kilku fanów, ale... w końcu futbol, to futbol. Ja miałem to szczęście, że zazwyczaj grałem w drużynach, które sporo wygrywały, doszliśmy między innymi do półfinału juniorskich mistrzostw Polski gdzie przegraliśmy z Jagiellonią.

Krył pan wtedy Tomasza Frankowskiego?

„Franek” grał już wtedy, był w tym samym roczniku, podobnie jak Jacek Chańko, Marek Citko czy Daniel Bogusz. To była naprawdę dobra drużyna. W tym meczu Frankowski akurat gola nie strzelił, przegraliśmy chyba 0:1.

Rozumiem, że pozostał pan aktywny?

Oczywiście, dziś już jestem po trzecim treningu kolarskim. Można powiedzieć, że moje życie składa się z trenowania różnych dyscyplin sportowych. Mamy w Lublinie mocną paczkę dwudziestu kolegów, z którymi co roku startujemy w dziesięciu różnych dyscyplinach. Trenujemy piłkę nożną, kolarstwo, wędkarstwo, łucznictwo, strzelanie i wiele innych. Zajmuje to sporo czasu, bo chociaż traktujemy to jako rekreację i zabawę, to ten sport cały czas jest gdzieś obecny. No i przede wszystkim golf. Od kilku lat jestem zapalonym golfistą tak naprawdę to ta dyscyplina najbardziej mnie obecnie fascynuje i pociąga.

Takiej aktywności może panu pozazdrościć zdecydowana większość społeczeństwa. Wcześniej był pan także nauczycielem wychowania fizycznego w szkole podstawowej. Co pan sądzi o obecnej kondycji fizycznej dzieci? Rośnie nam „antysportowe” pokolenie?

Rzeczywiście, mogłem obserwować sytuację z bliska, ale pamiętajmy, że to było już dobre kilka lat temu. Do szkoły trafiłem jako zastępstwo za nauczycielkę i prowadziłem zajęcia z żeńskimi klasami. Od początku wziąłem sobie za punkt honoru, żeby mieć jak największą frekwencję na zajęciach. Nie chodzi o wyniki, jakie osiąga dziecko, tylko o uczestnictwo i aktywność. Przez moje wykształcenie, ale też po prostu światopogląd uważam, że wychowanie fizyczne to jedna z najważniejszych lekcji w szkole. Jeśli spojrzymy na kraje skandynawskie, USA albo Europę zachodnią, zajęcia sportowe są tam bardzo poważnie traktowane. Inna jest też świadomość rodziców, bo tam rozumieją, że rozwój fizyczny powiązany jest z odpowiednim rozwojem psychicznym dziecka. Nie chcę wyjść na starca, który narzeka na młodszych, ale prawda jest taka, że od czasu pojawienia się komputerów, portali społecznościowych i innych tego typu rzeczy, życie dzieciaków zdecydowanie się zmieniło. Kiedy my z kolegami wracaliśmy ze szkoły i szliśmy grać w piłkę pod blokiem, to rodzice musieli nas później po ciemku szukać. Dziś nie wyobrażam sobie, żeby moja córka wyszła z domu i nie wiedziałbym, gdzie ona jest. Świat się zmienia, ale to w gestii rodziców i szkoły leży uświadamianie ludziom, że te zajęcia są ważne, a im więcej aktywności ruchowej, tym lepiej dla dzieci.

W takim razie pańska córka nie ma łatwo z wymiganiem się od WF-u.

Pierwsze pytanie, jakie zadaję odbierając ją ze szkoły, to czy był dziś WF i jeśli tak, to co robiliście? Dopiero później przechodzę do wywiadu na temat innych lekcji. Cieszę się, że chętnie i z własnej woli uczestniczy w zajęciach, chociaż w wieku dziesięciu lat nie ma jeszcze ulubionego sportu. Nic na siłę. Przecież nie będę jej posyłał na karate, jeśli nie lubi karate.

Wróćmy do piłki nożnej. Jak często bywa pan na meczach? Przed sezonem zachęcał pan do wyrabiania kart kibica i przychodzenia na mecze Górnika Łęczna.

Jeżeli tylko mogę, to oczywiście oglądam mecz na żywo. Niestety, praca artysty kabaretowego jest tak niefortunnie zorganizowana, że najwięcej występów mamy w weekendy, wtedy kiedy odbywają się mecze. Ostatnio miałem jednak sporo szczęścia, w poprzednim sezonie udało mi się obejrzeć z trybun sporo meczów Górnika. W Ekstraklasie byłem na razie tylko na jednym, ale to dopiero początek sezonu.

Trafił pan może na 5:2 z Zawiszą, albo 4:2 z Pogonią?

Nie miałem akurat tego szczęścia, ale mam nadzieję, że jakiś wielki mecz uda się jeszcze w tym sezonie zobaczyć. Staram się bywać na stadionach, nie tylko w Polsce. Korzystając z zawodu kabareciarza często mam okazję gościć na Wyspach Brytyjskich, gdzie już kilkanaście razy udało mi się zobaczyć mecze na żywo, w tym mojej ukochanej Chelsea Londyn. 

Zdarza się panu sprawdzać, czy uda się panu połączyć wyjazd kabaretowy z pójściem na mecz, powiedzmy, we Wrocławiu?

Aż tak daleko się nie posuwam. Oczywiście cały czas jestem na bieżąco z sytuacją w Ekstraklasie, jak tylko mam trochę czasu wolnego to oglądam powtórki meczów, a Liga+ Extra w każdą niedzielę w Canal+ Sport jest punktem obowiązkowym. Nie próbuję jednak łączyć wyjazdów, może byłoby inaczej, gdyby w mieście, w którym mamy występ grała drużyna, której kibicuje, czyli Górnik Łęczna. 

Albo Chelsea.

Albo Chelsea Londyn w jakimś europejskim pucharze. Wtedy na pewno bym poszedł! Na razie jednak oglądam przede wszystkim w telewizji.

Czym jest dla pana oglądanie meczu? Czysty relaks?

Byłbym daleki od stwierdzenia, że oglądanie piłki mnie relaksuje. Jestem prawdziwym kibicem z krwi i kości, podczas meczu krzyczę, skaczę, denerwuję się, palę papierosy i generalnie mocno wszystko przeżywam. Zwłaszcza w takich spotkaniach, jak niedawne Everton – Chelsea w lidze angielskiej, gdzie wynik zmieniał się cały czas i z relaksem to miało bardzo mało wspólnego. A skończyło się na 3:6.

A czy zdarza się, że znajduje pan inspirację do kabaretu oglądając piłkę?

Przez to, że byliśmy gospodarzami Euro 2012, temat piłki nożnej w polskim kabarecie został na jakiś czas wyczerpany. Wystąpił przesyt i my, jako artyści kabaretowi odchodzimy od tematyki piłkarskiej, bo sporo skeczy tego typu już było. Trzeba dać publice odpocząć, chociaż pewnie kiedy pojawią się nowe tematy, z których będzie można pożartować, to za jakiś czas będziemy do tego wracać.

Myśli pan, że powodów do śmiechu może nam dostarczyć reprezentacja Polski w eliminacjach do Mistrzostw Europy?

Piłkarze mogliby być optymistami i pewnie nawet są. Jesteśmy specyficznym społeczeństwem, jeśli chodzi o podejście do piłki reprezentacyjnej. Lubimy narzekać na piłkarzy i często mamy do nich pretensje, a może wystarczyłoby nieco zmienić podejście i oczekiwania wobec piłki? Łatwiej byłoby nam wtedy kibicować. U nas, jeśli wylosujemy w eliminacjach Niemców lub Anglików od razu zaczyna się liczenie na to, że tym razem może uda się ich pokonać. A jak już przegrywamy z nimi 0:2, to narzekamy, że znowu porażka. Dodatkowo, nie potrafimy uwolnić się od sukcesów z poprzednich dekad, które urosły do rozmiarów mitycznych. Kiedyś moi przyjaciele z Kabaretu Moralnego Niepokoju mieli taki skecz, w którym reprezentacja Polski przegrywa bodajże z Albanią 0:6 i puentą skeczu jest podsumowanie komentatora, który mówi: „No, przegraliśmy z Albanią, ale przypomnijmy sobie ten wspaniały mecz na Wembley!” Przecież dla współczesnych młodych ludzi Wembley i tamta reprezentacja jest jakąś odległą legendą, a teraz jest kompletnie inna rzeczywistość. Owszem, obecni 40. i 50-latkowie pamiętają, ale dla całej reszty brzmi to tak, jakby mi ktoś opowiadał o pierwszych meczach Zygfryda Szołtysika.

Ja bym zmienił podejście do futbolu w naszym kraju. Gramy z Gibraltarem? Ok, wygraliśmy, cieszmy się. Gramy z Ukrainą? Przegraliśmy? Trudno, widocznie byli lepsi. Spójrzmy na takich Finów czy Irlandczyków. Oni potrafią się cieszyć z każdego wyniku, nie oczekują zwycięstwa za wszelką cenę w każdym meczu.

A jak oceniłby pan poziom naszych piłkarzy?

Jestem pewien, że zbiór takich postaci jak Robert Lewandowski, Łukasz Piszczek, Kuba Błaszczykowski czy naszych bramkarzy – od kilkunastu lat uznawanych w Europie za jednych z najlepszych - musi w końcu zaprocentować. W tych eliminacjach pokażemy się z dobrej strony, a już w niedalekiej przyszłości uda się sprawić sporą niespodziankę w Europie.

Rozmawiał Maciej Nakielski

Foto: Przemysław Gąbka


News

Wszystkie gole 18. kolejki 2018/19

2018.12.11

News

Dobry mikroklimat dla muraw. Maty od Ekstraklasy S.A. już w klubach

2018.12.11

News

Ostatni na placu boju... 18. kolejka (poniedziałek)

2018.12.10

News

Górnik 1:3 Miedź: Zepsuta Barbórka

2018.12.09

News

O co walczy Lechia?

2018.12.08

News

Wisła K. 2:2 Jagiellonia: Dwie połowy, dwa oblicza

2018.12.08
News

Na szczycie i na dole. Dzień zwycięzców... 18. kolejka (niedziela)

2018.12.08
News

Korona 2:2 Wisła P.: Gruzin zapewnił remis

2018.12.08
Używamy cookies w celach świadczenia usług, reklamy i statystyk. Korzystanie z witryny oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu. Polityka Prywatności X