STRONA OFICJALNA
2017.11.09
Z Legii do Legendy
Autor: Wojciech Bajak

Polska miała szczęście do wyjątkowych postaci w bramce reprezentacji. Edward Szymkowiak i jego genialny występ przeciwko ZSRR. Mistrz olimpijski Hubert Kostka. „Człowiek, który zatrzymał Anglię” – Jan Tomaszewski. Medalista MŚ i zdobywca PEMK – Józef Młynarczyk. Zwycięzca Ligi Mistrzów – Jerzy Dudek. To tylko kilka z wielu cegieł, budujących renomę słynącej na całym świecie „polskiej szkoły bramkarskiej”. Potężnym filarem tej marki jest także Artur Boruc – rekordzista w liczbie występów w kadrze biało-czerwonych na pozycji golkipera. Finisz jego kariery w biało-czerwonej koszulce szykowany jest na piątkowe starcie z Urugwajem. Początek tego rozdziału sięga zaś jeszcze czasów gry w Ekstraklasie, gdy do kadry był powoływany z Legii Warszawa.

 

Jako piłkarz klubu najwyższej rodzimej ligi rozegrał w sumie siedem spotkań. Niedużo. Ale też cały XXI wiek nie sprzyjał golkiperom występującym nad Wisłą w budowie rekordów. Spośród nich w reprezentacji Polski w tym czasie tylko Sebastian Przyrowski zanotował więcej meczów niż Boruc. Od zakończenia kariery przez Józefa Młynarczyka przewyższyli go zaś pod tym względem jeszcze tylko: Józef Wandzik (32 mecze jako gracz Górnika), Jarosław Bako (25 meczów jako gracz ŁKS Łódź, KGHM Zagłębia Lubin oraz Lecha Poznań) i Grzegorz Szamotulski (13 meczów jako gracz Legii Warszawa i Amiki Wronki)

 

 

STANEW BY TEGO NIE WPUŚCIŁ

Na początku XXI wieku świeża jeszcze była w Legii pamięć o Grzegorzu Szamotulskim. Młodym, pewnym siebie, może nieco nawet szalonym bramkarzu, który w wieku 20 lat wygryzł z bramki dużo bardziej doświadczonego Zbigniewa Robakiewicza. Stąd, z Łazienkowskiej 3, trafił nawet do pierwszego składu reprezentacji w czasach Aleksandra Kłaka, Adama Matyska, Macieja Szczęsnego, Andrzeja Woźniaka, Kazimierza Sidorczuka. Ale przecież ile takich samorodnych talentów – tak w sferze fizycznej, jak i mentalnej – może się zdarzyć w krótkim odstępie czasu? Kto by przypuszczał, że spod tego samego adresu jeszcze wyżej zawędruje wkrótce inny piłkarz…

 

Zwrot w kierunku młodości w Legii sama wymusiła sytuacja kadrowa. Sezon 2001/02 Legia Warszawa rozpoczynała z trójką bramkarzy, którzy łącznie mieli w Ekstraklasie rozegrane… piętnaście meczów. Tercet ten tworzyli: Wojciech Kowalewski, Maciej Łykowski i Artur Boruc. Wszystkie rozegrane spotkania na najwyższym lidze były zaś dziełem tego pierwszego. I to właśnie jemu zaufał Dragomir Okuka. Gdy zaś odszedł do Szachtara Donieck trener pierwotnie nie zobaczył pierwszego zastępcy w Borucu, choć rekomendował go sam poprzednik. Serbski szkoleniowiec ściągnął jednak do klubu Radostina Stanewa.

 

Bułgar zagrał w pierwszym spotkaniu ligowym po przerwie zimowej - z Amiką Wronki i rozpoczął w wyjściowym składzie też kolejny mecz – z Pogonią Szczecin. Po pół godzinie gry musiał zapobiec akcji Roberta Dymkowskiego. Wybiegł mu naprzeciw, jednak napastnik gospodarzy przechytrzył go, a w dodatku „spotkanie” zakończyło się zderzeniem i urazem Stanewa. -  Jeszcze w przerwie, siedząc w szatni, nie wiedział, co się wokół niego dzieje. Nie pamiętał, że puścił gola. – relacjonował Maciej Weber dla „Gazety Wyborczej”. 

 

Nie wiedział zatem, że już od kwadransa na boisku przebywał Boruc. W świetle nowego oświetlenia o sile 2200 luksów, zapalonego na stadionie Pogoni pierwszy raz od trzech lat, debiutował w Ekstraklasie. Spisał się raczej… słabo. Przepuścił bowiem gola z rzutu wolnego pod koniec meczu. - Musiała nastąpić zmiana bramkarza (jak się później okazało katastrofalna w skutkach...). Niepewnie interweniujący Boruc dał wpaść piłce do siatki. Artur niestety źle się ustawił w bramce i wpuścił w miarę łatwy do obrony strzał. Z pewnością Radostin Stanew nie puściłby takiej bramki. – opisywał ten mecz Maciej Szmitkowski z portalu Legioniści.com

 

 

 

EGZEKUTOR 

Nic zatem dziwnego, że Okuka zaczął poszukiwać zmiennika. Blisko kontraktów byli podobno Krzysztof Tym z Miedzi Legnica oraz Mirosław Piętka z Polonii Przemyśl. Ostatecznie jednak serbski trener aż do powrotu do zdrowia Stanewa nie dokonał roszady w składzie. Boruc rozegrał pięć spotkań, przepuścił sześć goli i dwa razy zachował czyste konto. W tym raz w arcyważnym starciu z Wisłą Kraków. Dzięki niemu Legia strąciła Białą Gwiazdę z pozycji lidera. Na koniec sezonu bramkarz mógł zaś wypiąć pierś po złoty medal za mistrzostwo kraju i zwycięstwo w Pucharze Ligi.

 

Niekwestionowanym numerem jeden stał się zimą 2003 roku już po odejściu Stanewa. Choć Legia ani przez trochę nie szczędziła na wartościowych konkurentach. Przez klub przewinęli się: podstawowy golkiper klubu portugalskiej Primeira Division, S.C. Farense – Zoran Mijanović, czołowy bramkarz ligi – Andrzej Krzyształowicz, czy dwie nadzieje polskiej szkoły – Łukasz Załuska i Łukasz Fabiański. Póki jednak był Boruc ich nadzieje rozbijały się najdalej o „ogony” w mniej ważnych spotkaniach. Boruc stał się zaś nie tylko podstawowym graczem, ale też ulubieńcem trybun. Podbijał ligę efektownymi interwencjami, skuteczną grą, ale też olbrzymią charyzmą i zuchwałością. 

 

Przy prowadzeniu 3:0 z Widzewem Łódź arbiter podyktował rzut karny dla Legii. Trybuny zaczęły skandować nazwisko swojego idola. Boruc więc na chwilę porzucił swoją zwyczajową rolę na boisku i stanął oko w oko z kolegą po fachu. Płaski plasowany strzał dał mu jedynego gola w Ekstraklasie. Oczywiście nie byłby sobą, gdyby radości nie zamanifestował w osobliwy sposób. Po skutecznej próbie nerwów podbiegł do narożnika i wyjął… chorągiewkę, za co otrzymał żółtą kartkę. Takie euforyczne chwile były zresztą jednym z jego znaków rozpoznawczych. Sam przyznał, że kiedyś po meczu w najwyższej polskiej lidze musiał wysiąść z samochodu na rondzie, żeby… pokrzyczeć z radości.

 

W sezonach 2003/04 – 2004/05 wygrał sześć z piętnastu plebiscytów na piłkarza miesiąca portalu kibiców Legii – LegiaLIVE, zdobył dwukrotnie tytuł Piłkarza Sezonu w tym serwisie, raz był Piłkarzem Sezonu według magazynu „Nasza Legia”. Tytułem Odkrycia Sezonu nagrodziła go „Piłka Nożna”. W 2005 roku zgarnął z kolei Piłkarskiego Oscara dla najlepszego bramkarza Ekstraklasy, nominacja do tytułu ligowca roku 2004

 

Stukot kolejnych trofeów odkładanych na półkę był zarazem coraz wyraźniejszym pukaniem do bram reprezentacji…

 

 

CZEKOLADKA FORRESTA GUMPA

- Potrzebuję zmiennika dla Dudka! – jak mantrę powtarzał od kilku miesięcy Paweł Janas. Po zakończonej fiaskiem próbie dostania się na EURO 2004 „Janosik” budował nową reprezentację z jasno określonym celem – mundial 2006. Między słupkami nadal numerem jeden był oczywiście bramkarz Liverpool FC – Jerzy Dudek. Brakowało jednak wartościowego zmiennika. Od zakończenia poprzednich kwalifikacji selekcjoner próbował w tej roli Grzegorza Szamotulskiego, Tomasza Kuszczaka, Macieja Nalepę i Wojciecha Kowalewskiego. Żaden jednak nie zdołał na dłużej osiąść w kadrze. Przypominało to trochę łowy Forresta Gumpa na czekoladkę w pudełku. Janas wyciągał coraz bardziej nieznane „smaki” jak choćby Nalepę, który grał w przeciętniaku ligi ukraińskiej, a w Polsce wcześniej nie wyszedł poza drugi poziom rozgrywkowy, czy Kuszczaka – rezerwowego golkipera Herthy Berlin.

 

Nad tym drugim Boruc miał przewagę regularnej gry. W porównaniu do Nalepy łatwiej było go zaś obserwować przez sztab szkoleniowy. W Ekstraklasie nie było zaś wielu konkrentów, spełniających kryteria umiejętności, narodowości i - do czego mocno przywiązywał wagę trener bramkarzy w kadrze, Jacek Kazimierski - wieku. Najczęściej wymieniano w roli możliwych kandydatów Waldemara Piątka oraz właśnie Boruca.  - Artur jest wyróżniającym się zawodnikiem w naszej lidze. Uznałem, że przyszedł czas, by powołać tego utalentowanego bramkarza. Cały czas szukamy zmiennika dla Jurka Dudka. Tym razem chciałem dać szansę właśnie Borucowi – uzasadniał swój wybór Paweł Janas.

 

 

Pierwsze powołanie otrzymał na zgrupowanie przed meczem towarzyskim z Irlandią w kwietniu 2004 roku. W lidze w barwach Legii nie przepuścił gola w 5 z 8 spotkań poprzedzających nominację do udziału w batalii z reprezentacją Zielonej Wyspy. 

 

 

Pierwsze powołanie otrzymał na zgrupowanie przed meczem towarzyskim z Irlandią w kwietniu 2004 roku. W lidze w barwach Legii nie przepuścił gola w 5 z 8 spotkań poprzedzających nominację do udziału w batalii z reprezentacją Zielonej Wyspy. - Jerzy Dudek jest pewniakiem, ale musimy mieć przecież gotowego do gry zmiennika – przyznawał Maciej Skorża, wtedy asystent Janasa, sugerując, że zawodnik Legii może przymierzać się do premierowego występu z orłem na piersiach. 

 

Zanim jego historia okrzepła, nabrała dramatycznych zwrotów, heroicznych czynów i stała się legendą bramkarskiego fachu potrzeba było jeszcze wielu sezonów i wielu doskonałych interwencji. W jej prologu, na Stadionie w Bydgoszczy dostrzegano w nim raczej ekscentrycznego golkipera z charakterystyczną fryzurą niż przyszłego bohatera. Kilku okazjonalnych kibiców może nawet nie wiedziało skąd jest ten gracz, który w 59. minucie starcia z Irlandią zmienia Jerzego Dudka

 

Premiera wypadła jednak lepiej niż w lidze. Artur nie przepuścił żadnej bramki. Z drugiej strony nie miał okazji do wykazania się. Najgroźniejszy strzał Irlandczyków w całym spotkaniu, na kilkadziesiąt sekund po wejściu Boruca, był niecelny. Nadal zatem pozostawał on – pozostając przy terminologii z „Forresta Gumpa” – dla kibiców, a może też selekcjonera, czekoladką z nieznanym nadzieniem. Choć przy pierwszym „gryzie” w środku „śliwki – robaczywki” nie znaleźli…

 

 

DROGA DO JEDYNKI

Blask jednak zyskał nie w kwietniowym, popołudniowym słońcu, ale kilka tygodni później w Szczecinie. W meczu przeciwko Grecji fenomenalnie wybronił sytuację „sam na sam”. - Dość powiedzieć, że po przerwie Polska ani razu celnie nie strzeliła na bramkę rywali. Najmocniejszym punktem był w tej sytuacji Artur Boruc. Chyba można zaryzykować, że Polska ma drugiego bramkarza". Spokojny, bezbłędny. Uratował zespół od utraty pewnej, wydawałoby się, bramki. – pisała „Gazeta Wyborcza”.

 

Kres wszelkim wątpliwościom położył zaś występem przeciwko USA. W mecz wszedł może niespecjalnie, bo sprokurował rzut karny. Jego notowania poszybowały znacząco w dół jednak na zaledwie kilkanaście sekund. Błąd naprawił bowiem, broniąc ten strzał z „wapna” dwukrotnego uczestnika mundiali Briana McBride’a. Pierwszy raz wykonał wtedy w kadrze swój charakterystyczny zwód z podskokiem na linii, wykorzystywany regularnie przy obronach strzałów z 11 metra. Potem również wiele razy pokazał się ze znakomitej strony. - Polacy mieli bardzo dobry plan, ale to my możemy mieć pretensje do siebie, iż nie potrafiliśmy wygrać. W drużynie polskiej był świetny bramkarz, kto wie, czy nie najlepszy piłkarz meczu, zapora niemal nie do przebycia - skomentował mecz trener Bruce Arena, selekcjoner Jankesów, wtedy siódmej drużyny w rankingu FIFA.

 

 

Tym występem zakończył dyskusję nad poszukiwaniami dublera, lecz rozpoczął nową… Nad tym czy nie powinna nastąpić roszada w bramce w spotkaniach eliminacyjnych! On – piłkarz Legii Warszawa, konkurent – gracz Liverpoolu FC. Dystans między ich sławą, osiągnięciami i pozycją klubów w europejskim rankingu wydawał się nie do przebycia. Boruc skrócił go jednak dzięki ledwie trzem spotkaniom w koszulce reprezentacji. Poprzednio tak szybko zaburzył hierarchię golkiperów w kadrze Grzegorz Szamotulski, ale tego berła nie utrzymał dłużej. 

 

- Stawiam, że najbliższe 10 lat to będzie show jednego człowieka - Artura Boruca. W tej chwili każdy z nich może bronić, a decyzję można podjąć tylko będąc na zgrupowaniu, na którym obaj przebywają. "Dudi" ma tę przewagę, że gra w mocniejszej lidze i jest odporny na boiskowe stresy. Ale Boruc jest na fali, nie zaliczył żadnej poważnej wpadki. Nie trzęsą mu się ręce. Pozycja Jurka jest poważnie zagrożona. – mówił Maciej Szczęsny dla „Życia Warszawa”. Do grona zwolenników Boruca należeli też dwaj ostatni renerzy bramkarzy w kadrze - Andrzej Czyżniewski i Józef Młynarczyk: - Boruc ma wszystko, czym powinien dysponować dużej klasy bramkarz, a ponadto prawidłowo się rozwija. Sprawia wrażenie mocnego psychicznie, nie boi się odpowiedzialności. Widać, że chce grać, regularnie zbiera pozytywne recenzje po swoich występach. Moim zdaniem, przyszłość w reprezentacyjnej bramce należy właśnie do Boruca. Jest zawodnikiem bardzo wszechstronnym. Nieźle spisuje się na linii, odważnie wychodzi do piłek na przedpolu i raczej nie popełnia błędów. Dobrze gra zarówno rękami jak i nogami, a przy tym ma znakomite warunki psychiczne, które muszą budzić respekt u rywali. Do tego trzeba dodać charyzmę, sposób poruszania się na boisku oraz wizję gry. Jacek Kazimierski, ówczesny trener bramkarzy reprezentacji, stawiał z kolei znak równości między tymi dwoma golkiperami, co przy porównaniu ich dorobku wydawało się sukcesem Boruca.

 

Nawet trzy puszczone gole w starciu towarzyskim z Duńczykami na dwa tygodnie przed rozpoczęciem eliminacji nie podkopały jego pozycji. Udało mu się bowiem wybronić kilka trudnych sytuacji, podczas gdy jego konkurent, Jerzy Dudek w I połowie stracił dwie bramki, a jedna z nich na pewno obciążała jego konto. - Cały czas panują rozbieżności co do tego, kto ma być pierwszym bramkarzem kadry. Wcale nie jest pewne czy Jerzy Dudek jest nadal lepszy od Boruca. Ten ostatni puścił co prawda trzy bramki, ale potrafi bronić w sytuacjach beznadziejnych – napisali o nim dziennikarze „Przeglądu Sportowego”, podczas gdy jego konkurent spotkał się z gorszą laurką: - Słaby występ bramkarza Liverpoolu. Zawinił ewidentnie przy drugiej bramce. Musi walczyć o miejsce w składzie z Arturem Borucem, ale tym występem wcale nie przekonał że jest od Legionisty lepszy.

 

SINUSOIDA „BORUBARA”

Była zatem duża szansa na zakończenie serii trwającej od 1997 roku – ostatniego występu bramkarza z Ekstraklasy w meczach o punkty w reprezentacji Polski. Wtedy Grzegorz Szamotulski z Legii strzegł bramki w starciu z Gruzją. Ostatecznie jednak Paweł Janas zdecydował się na Jerzego Dudka i ta passa ciągnie się nadal… 

 

Boruc od meczu z Danią jeszcze trzy razy stanął w bramce biało-czerwonych jako piłkarz Legii Warszawa. Ostatni raz w maju 2005 roku, równo 365 dni po występie z Albanią. I tym razem nie zawiódł. Przez 90 minut ani razu nie dał się pokonać, choć groźnymi strzałami próbowali go zaskoczyć Ervin Skela (późniejszy piłkarz Arki Gdynia), Mehmet Dragusha, czy Bledar Shkembi. Gola na wagę zwycięstwa strzelił zaś Maciej Żurawski już w 35. sekundzie. Ustanowił wtedy – dziś już pobity - rekord najszybszego trafienia w reprezentacji Polski. 

 

To był też ostatni występ obydwu tych zawodników w kadrze w barwach klubów Ekstraklasy. Latem obaj przeszli do Celtiku Glasgow. Potem nastąpił debiut Boruca w meczu o punkty. Łzy rozpaczy w Dortmundzie, gdy po fenomenalnym meczu w Mistrzostwach Świata z gospodarzami skapitulował w ostatnich sekundach. Był splendor i pochwały od prezydenta, śp. Lecha Kaczyńskiego, po jednym z najgenialniejszych występów w historii polskiego bramkarstwa, gdy na EURO 2008 w pojedynkę zatrzymał Austriaków, przepuszczając strzał tylko z rzutu karnego. Były chwile triumfu po nominacji do trzech najlepszych bramkarzy w 2007 roku. Była cudowna interwencja z Belgią, wybrana najlepszą obroną kolejki w eliminacjach ME. Były też chwile trudne jak sławetny błąd z Irlandią Północną, czy wyrzucenie przez Franciszka Smudę z kadry. Był wreszcie triumfalny powrót, rekord w liczbie występów na tej pozycji w reprezentacji i udział w EURO 2016, gdzie już z perspektywy ławki rezerwowych cieszył się z pierwszego od 1982 roku awansu do ćwierćfinału wielkiego turnieju seniorskiego w wykonaniu Polaków. Tę sinusoidę emocji przeżywaną przez tysiące kibiców w całej Polsce przez 13 lat i 196 dni rysował Artur Boruc.

 

ARTUR BORUC W KADRZE:

- 64 mecze: 7 x jako piłkarz Legii, 37 x jako piłkarz Celtiku, 2 x jako piłkarz Fiorentiny, 12 x jako piłkarz Southampton, 6 x jako piłkarz AFC Bournemouth

- 4796 minut

- 27 zwycięstw - 19 remisów - 18 porażek

- 21 x czyste konto (32,85%)

- 67 straconych goli (średnio - 1,05/mecz)

 

 

Koniec tej drogi nastąpi w piątek 10 listopada na Stadionie PGE Narodowym. Artur Boruc – zgodnie z zapowiedziami selekcjonera Adama Nawałki – ma zagrać 44 minuty w starciu z Urugwajem. – Pewnie potem się poryczę. – stwierdził w rozmowie z Jackiem Kurowskim z TVP. Chciałoby się powiedzieć za Kazimierzem Pawlakiem: „Płacz, Artur, nie wstydź się. Bo jak prawdziwy chłop płacze, to musi być święto!”. A to będzie święto niezłomnego serca, wielkiego hartu ducha, charyzmy i wierności własnym zasadom, które przez całą reprezentacyjną karierę prezentował Artur Boruc. Dzięki starciu z Urugwajem uplasuje się na drugim miejsce pod względem największej rozpiętości między pierwszym, a ostatnim występem w reprezentacji Polski wśród bramkarzy.

 

 

 Wojciech Bajak

fot. 400mm.pl 


News

Lechia - Wisła P.: Magia Energi

2017.11.18

News

Sandecja - Lech: Powtórka z premiery

2017.11.18

News

Piast - Cracovia: Gościnna niemoc

2017.11.18

News

Czas na rewanże... przed 16. kolejką

2017.11.18

News

Wisła K. - Pogoń: Polak potrafi!

2017.11.17

News

Jagiellonia - Bruk-Bet Termalica: Powrót z zerami

2017.11.17
News

Statystyki po 15. kolejkach

2017.11.17
News

Sezon snajperów

2017.11.16
Używamy cookies w celach świadczenia usług, reklamy i statystyk. Korzystanie z witryny oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu. Polityka Prywatności X