
Przerwa na kadrę sprzyja kreśleniu alternatywnych scenariuszy ligowych. Przenieśmy się więc do rzeczywistości, w której chcieliby znaleźć się wszyscy kibice AC Milanu, pamiętający finał Ligi Mistrzów w Stambule z 2005 roku: czyli takiej, w które mecze piłkarskie kończą się po 45
Co by się stało, gdyby we
wszystkich meczach tego sezonu PKO BP Ekstraklasy uznać wynik sprzed zmiany
stron za końcowy? W prawie połowie spotkań, a dokładniej w 56 ze 123 dotąd
rozegranych, należałoby inaczej rozdzielić punkty. Liczyłoby się też dużo mniej
goli. Z 334 trafień, jakie podziwialiśmy w bieżących rozgrywkach, pod uwagę
bralibyśmy tylko 144, więc zaledwie 43%. A weryfikację trzeba by zacząć już od
inauguracyjnego meczu.
Strzelcem pierwszego gola tej
edycji co prawda pozostałby Ernest Terpiłowski, lecz jego strzał miałby dużo
większe znaczenie. W końcu w 1. kolejce Bruk-Bet Termalica Nieciecza stracił
prowadzenie dopiero w drugiej połowie, dlatego w rozważanym scenariuszu trafienie
młodzieżowca dałoby Słoniom trzy punkty. Także inny beniaminek, Górnik Łęczna,
zaliczyłby dużo pomyślniejszy start sezonu. Przecież podopieczni Kamila
Kieresia wygrywali do przerwy z Cracovią w swoim pierwszym meczu po powrocie do
elity. Na dłuższą metę takie rozliczanie wyników jednak nie opłaciłoby się
piłkarzom z Lubelszczyzny. Tak czy siak byliby na ostatnim miejscu w tabeli, a
w dodatku z jednym punktem mniej.
Choć kibice łęcznian nie mają powodów,
żeby postulować skrócenie meczów o połowę, to dla fanów kilku innych drużyn
taka wizja mogłaby być kusząca. Wyniki Legii Warszawa pewnie nadal nie byłyby
na miarę jej ambicji, ale dzięki uniknięciu bolesnych porażek z Lechem Poznań i
Rakowem Częstochowa, mistrzowie Polski przynajmniej znaleźliby się ponad strefą
spadkową. Zamiast nich, na przedostatnie miejsce w tabeli z dorobkiem uboższym
o 6 punktów trafiłaby Cracovia. Pasy stanowią zresztą niezwykły przypadek, bo
przy braniu pod uwagę tylko pierwszych 45 minut, innym rozstrzygnięciem
skończyłoby się aż 12 z ich 14 meczów.

Do jeszcze większych zmian takie liczenie punktów doprowadziłoby w czubie tabeli. Przede wszystkim w fotelu lidera komfortowo rozsiadłaby się Pogoń Szczecin, na której koncie znalazłyby się 4 oczka więcej niż obecnie. Lech Poznań wypadłby w ogóle poza podium. To efekt braku wspomnianego zwycięstwa nad Legią Warszawa, ale też triumfów nad Cracovią czy Górnikiem Zabrze. Choć i tak sytuację Kolejorza poprawia przypisanie bonusowych zdobyczy za mecze z Górnikiem Łęczna i Jagiellonią Białystok. Aż 9 punktów mniej miałby Raków Częstochowa. Niezaliczone wygrane nad Legią Warszawa, Piastem Gliwice czy Wisłą Kraków doprowadziłyby ekipę Marka Papszuna do osunięcia się w tabeli o pięć pozycji.
Warto też wspomnieć o wyczynach PGE FKS Stali Mielec, bo z jej udziałem doszłoby do najefektowniejszych zmian rozstrzygnięć. Wysoka porażka 1:4 z Pogonią Szczecin? Przecież przed przerwą jedyną bramkę zdobył Grzegorz Tomasiewicz. Remis 3:3 z Cracovią? Rywale wyrównali dopiero w 77. minucie. Jednak działa to też w drugą stronę – bez drugiej połowy zawodnicy z Podkarpacia nie mieliby kiedy odwrócić losów meczu z KGHM Zagłębiem Lubin w 11. kolejce, gdy ze stanu 1:2 do przerwy, doprowadzili do wyniku 4:2.
Do rewizji nadawałaby nie tylko tabela, ale także klasyfikacja strzelców. Jej liderem nadal byłby wprawdzie Erik Exposito, któremu ostałoby się 5 z 9 goli z tego sezonu. Odmienne nastroje zapanowałyby jednak u jego konkurentów. Zarówno Jesus Imaz, jak i Mikael Ishak, wyspecjalizowali się w trafianiu do siatki w drugich połowach. W efekcie jednego i drugiemu uznawalibyśmy tylko po jednej bramce. Za plecami snajpera Śląska Wrocław znaleźliby się za to Joao Amaral oraz Bartosz Śpiączka – obaj z 4 golami.
I tylko jedna seria gier nie wymagałaby żadnej korekty. W 4. kolejce może i zobaczylibyśmy tylko 16 zamiast 29 bramek, ale wszystkie rozstrzygnięcia pozostałyby takie same. Żadne z 13 trafień w drugich połowach ostatecznie nie sprawiło, żeby któraś z drużyn utraciła prowadzenie sprzed przerwy, a ekipy, które po 45 minutach remisowały, i tak pozostały w impasie.