

Kometa Halleya widziana jest nad Ziemią tylko raz na siedemdziesiąt sześć lat. To jedno z najrzadszych zjawisk astronomicznych. Tak jak rzadko cieszy ona oko miłośników obserwacji kosmosu, tak w futbolu rzadko zdarza się piłkarz, który w dwóch kolejkach ligowych z rzędu potrafiłb
Zegar zbliżał się już do 92. minuty gry. W najważniejszych cyfrach – tych oznaczających wynik – Miedziowi ustępowali jednak 2:3 Pogoni Szczecin. Jeden z ostatnich ataków rozpoczął Alan Czerwiński wyrzutem z autu. Jeszcze krótkie rozegranie z Krzysztofem Janusem i piłka powędrowała w pole karne. Nim zdążyła upaść na murawę Świerczok sprytnym strzałem tuż nad ziemią umieścił ją w bramce strzeżonej przez Łukasza Załuskę. Wybuch radości z uratowanego w końcówce remisu przyćmił doniosłość tej chwili. A przecież dzięki temu trafieniu najskuteczniejszy polski strzelec bieżącego sezonu stał się pierwszym zawodnikiem, który strzelił hat-tricki w dwóch kolejkach z rzędu od prawie piętnastu lat.
CZTERY DEKADY POHLA
A bywały już jeszcze dłuższe okresy oczekiwania na powtórkę takiego wyczynu. Największa przerwa wyniosła blisko czterdzieści lat. Po tym jak Ernest Pohl w 1961 roku strzelił dla Górnika Zabrze trzy gole przeciwko Polonii Bydgoszcz, a w następnym ligowym starciu – przeciwko Legii Warszawa – łącznie cztery razy wykazał swój kunszt snajperski już prawie do końca XX wieku brakowało naśladowców w tej materii.
Następnym na tej liście – liczącej po wyczynie Świerczoka obecnie czternaście nazwisk – stał się dopiero Jacek Dembiński z Widzewa Łódź na przełomie sezonów 1997/98 i 1998/99. Zawodnik ten w kończącym rozgrywki spotkaniu aż pięć razy pokonał bramkarza Rakowa Częstochowa, trzema golami zainaugurował zaś rywalizację swego klubu w kolejnej odsłonie ligi. W jednym sezonie w dwóch kolejkach z rzędu hat-tricki zanotował po Pohlu zaś dopiero Maciej Żurawski (2. i 3. kolejka sezonu 2002/03), czyli bezpośredni poprzednik Świerczoka. Dwaj ostatni zawodnicy jako jedyni popisali się więc takim wyczynem w XXI wieku.
Tak długa przerwa rozłożona na lata 60-te, 70-te, 80-te i 90-te, gdy polska piłka święciła największe triumfy brzmi prawie obrazoburczo. To przecież wtedy na boiskach biegali snajperzy tej miary co Włodzimierz Lubański, Andrzej Jarosik, Andrzej Szarmach, Kazimierz Kmiecik, Grzegorz Lato, Mirosław Okoński, Jan Furtok, Andrzej Juskowiak, Krzysztof Warzycha, Marek Koniarek, czy Tomasz Frankowski. Mimo tego żadnemu z nich nie udało się zastopować licznika biegnącego od czasów Ernesta Pohla.
Blisko tego osiągnięcia byli w tym czasie: Engelbert Jarek (Odra Opole – sezon 1965/66), Krzysztof Adamczyk (1980/81 – Legia Warszawa), Krzysztof Walczak (GKS Katowice – 1991/92), czy Marcin Kuźba (Górnik Zabrze – 1997/98). Wszyscy oni jednak w kolejnym spotkaniu po zdobyciu hat-tricka poprzestawali na dublecie. Podobnie zresztą jak dwaj sławni – uważani przez wielu za największych piłkarzy w historii Polski – reprezentanci, umiejscawiani nawet w czołówce zestawienia Złotej Piłki: Kazimierz Deyna oraz Włodzimierz Lubański. Ten drugi nawet zdołał wpisać się na listę strzelców sześć razy w dwóch meczach, tyle że w pierwszym zrobił to czterokrotnie, w drugim zaś znalazł sposób na bramkarza dwa razy…
Za największego pechowca w tej klasyfikacji można jednak uznać i tak Mieczysława Gracza z Wisły Kraków. Bohater piosenki „Trzej przyjaciele z boiska” uwieczniony jako „skrzydłowy z Krakowa” dwukrotnie w następnym spotkaniu po uzyskaniu hat-tricka swój dorobek zamykał na dublecie: w 1948 i 1951 roku. Przez co ostatecznie na liście nigdy się nie znalazł…

LISTA REYMANA
Graczowi w ten sposób uciekła możliwość znalezienia się w wyjątkowo elitarnym zestawieniu, tworzonym jednak w dużej mierze przez zawodników z lat 20-tych i 30-tych. Dziś gdy system 2-3-5 jest już zakurzonym schematem z taktycznego lamusa. Gdy radosną ofensywę zastąpił balans z defensywą. Gdy trenerzy – nawet ci z inklinacjami do ataku – zaczęli budować swe zespoły od tylnych formacji, zaczęły zdarzać się kolejki – czasem aż dwie z rzędu – gdy żadna drużyna nie potrafiła strzelić więcej niż dwóch goli w spotkaniu. A cóż tu mówić o pojedynczym zawodniku...
Co innego u początku ligi, gdy wynik bezbramkowy stanowił prawdziwą anomalię. Dość powiedzieć, że w pierwszych dwóch sezonach rozgrywek średnia goli wynosiła ponad cztery trafienia na mecz. Toteż właśnie ten krótki okres przyniósł najwięcej zawodników z hat-trickami w dwóch kolejnych spotkaniach ligowych. Jako pierwszy dokonał tego premierowy król strzelców Ekstraklasy - Henryk Reyman (Wisła Kraków) z pięcioma bramkami przeciwko Warszawiance i trzema zdobytymi w derbowym starciu z Jutrzenką.
W jego ślady w inauguracyjnym sezonie poszli także: Władysław Przybysz z Warty Poznań oraz Władysław Sawka z Czarnych Lwów. Potem w całej historii na taki wyczyn zdobyli się zaś jeszcze: Karol Kossok (Cracovia), Michał Matyas (Pogoń Lwów), Ernest Wilimowski (Ruch Chorzów), Józef Kohut (Wisła Kraków), Marian Łącz (ŁKS Łódź), Gerard Cieślik (Ruch Chorzów), Lucjan Brychczy (Legia Warszawa) oraz wspomniani już: Pohl, Dembiński, Żurawski i ostatni – Świerczok.
KO-HUT-TRICK
Reyman na taki wyczyn porwał się w karierze zresztą jeszcze raz. W kolejnym sezonie po swoim osiągnięciu strzelił trzy gole Klubowi Turystów Łódź, zaś w następnej kolejce zanotował cztery trafienia przeciwko Śląskowi Świętochłowice. Oprócz prekursora tego zestawienia dwukrotnie hat-tricki w dwóch spotkaniach ligowych z rzędu w Ekstraklasie udało się strzelić już tylko rekordziście rozgrywek pod względem zdobytych bramek – Ernestowi Pohlowi (Górnik Zabrze - w 1957 i 1961 roku). Mógł on nawet przebić swojego poprzednika w tej klasyfikacji, a dodatkowo zostać też pierwszym zawodnikiem w historii, który takie osiągnięcie zanotował dwukrotnie w jednym sezonie. W edycji 1961 wbił co najmniej po trzy bramki w 2. i 3. kolejce. Kilkanaście tygodni później strzelił zaś cztery gole Stali Mielec. W kolejnym ligowym starciu – z Zawiszą Bydgoszcz – do hat-tricka zabrakło mu jednego trafienia.
Obaj jednak ustępują innemu renomowanemu koledze po fachu pod względem największej liczby goli strzelonych w dwóch następujących po sobie seriach spotkań Ernestowi Wilimowskiemu. Słynny „Ezi” w 1939 roku zdobył łącznie aż jedenaście bramek przeciwko Unionowi-Touring Łódź i Wiśle Kraków. Sęk jednak w tym, że w starciu z pierwszym z tych rywali trafił dziesięć razy(!) – co do dziś stanowi rekord ligi – a w następnej potyczce dołożył tylko jednego gola. On akurat na listę zapoczątkowaną przez Reymana trafił w 1936 roku, gdy po trzy razy pokonał bramkarzy dwóch kolejnych przeciwników Ruchu Chorzów - Warty Poznań i Dębu Katowice.

Gwiazdy renomowanych Reymana, Pohla i Wilimowskiego w najdłuższej serii hat-tricków w historii Ekstraklasy przyćmiewa jednak dziś już nieco zapomniany Józef Kohut z Wisły Kraków. Podpora Białej Gwiazdy w pierwszych latach po II Wojnie Światowej, gdy dwukrotnie drużyna ta sięgała po mistrzostwo kraju, a także ostatni zawodnik, który przekroczył trzydzieści bramek zdobytych w lidze. Wynik ten osiągnięty w 1948 zawdzięcza między innymi imponującej serii: czterech hat-tricków w pięciu kolejnych spotkaniach! Po pierwszym z nich nastąpił dublet, a potem już w trzech meczach z rzędu – z Legią, Tarnovią i Polonią Warszawa - Kohut notował po trzy trafienia na koncie. Do dziś nikt nie dał rady choćby wyrównać tego rezultatu.
RAZ NA OSIEMNAŚCIE LAT
„Bo ja to proszę pana mam bardzo dobre połączenie...” . Jedną ze stron tego słynnego dialogu z filmu komediowego „Co mi zrobisz, jak mi złapiesz” był robotnik grany przez Mariana Łącza. Wcześniej na pewno miał dobre połączenie z pomocą, dobry przegląd pola i bardzo dobrą skuteczność. On bowiem także poszedł w ślady Reymana, Wilimowskiego, czy Kohuta. W 1949 roku udało mu się w dwóch kolejkach z rzędu strzelić po trzy gole (Legii Warszawa oraz Warcie Poznań). Dzięki temu dopisał swoje nazwisko do listy seryjnych zdobywców hat-tricków.
Marian Łącz był zjawiskiem. Nie często zdarza się wszak piłkarz z talentem aktorskim, który po zakończeniu kariery piłkarskiej występuje z powodzeniem na deskach teatralnych i kamerą telewizyjną. Tak jak zjawiskiem są hat-tricki w dwóch kolejkach z rzędu. Trafiają się one bowiem średnio raz na sześć lat. Od 1961 roku zaś... raz na osiemnaście lat. Pielęgnujmy w pamięci tę rzadką chwilę daną nam przez Jakuba Świerczoka, bo nie wiadomo, kiedy znów będziemy mogli zobaczyć ją na żywo.
Wojciech Bajak
fot. 400mm.pl