

- Tego dnia Pan Lucjan spotkał się nie tylko z rodziną, ale również bliskimi przyjaciółmi z boiska, byłymi legionistami, pracownikami klubu, a także z ludźmi, którzy przez tyle lat podziwiali jego piłkarski kunszt. Na samym początku wydarzenia głos zabrał Prezes Legii, Dariusz Mioduski, który podziękował za obecność Panu Lucjanowi i złożył mu życzenia. Chwilę później kilka słów od siebie przekazał syn Legendy, Pan Ryszard. Na sam koniec podziękowania Panu Lucjanowi składali koledzy z boiska i bliscy przyjaciele. (…) Na 90. urodzinach Pana Lucjana Brychczego stawili się między innymi.: Jacek Zieliński, Krzysztof Dowhań, Goncalo Feio, Andrzej Strejlau, Marek Sierocki, Jacek Magiera, Lesław Ćmikiewicz, Henryk Apostel, czy Michał Kucharczyk. - podaje oficjalna strona Legii Warszawa.
Poniżej przypominamy biogram Pana Lucjana Brychczego pochodzący z książki "Galeria Legend Ekstraklasy".

„Veni, vidi, Kici” – głosił napis na jednej z opraw Legii Warszawa. To hołd dla piłkarza nazywanego po węgiersku „Kici”, czyli „mały”. Jednej z największych legend tego klubu – Lucjana Brychczego. Zawodnika, którego w latach, gdy Polska była zamkniętym krajem na transfery zewnętrzne chciały największe kluby Europy.
Tą legendą stołecznego zespołu został rodowity Ślązak. Legia wyciągnęła go z Gliwic dzięki powołaniu do wojska. Wcześniej krótko trenował z Ruchem Chorzów, ale szkoleniowiec Niebieskich, słynny Teodor Peterek, sam mierzący ponad 180 centymetrów, nie poznał się na ofensywnych umiejętnościach niższego o głowę Brychczego. A były one nie byle jakie. „Kici” do perfekcji opanował między innymi trik znany jako „podwójna siatka”. Perfekcyjnie panował nad piłką, od przyjęcia aż do oddania jej koledze. Prawie nie notował strat, co przy jego stylu było prawdziwym wyczynem. Do tego pokaźny rejestr goli o których dziennikarze mogli napisać „stadiony świata”. Nic dziwnego zatem, że podbijał piłkarską Europę i gdzie się zjawiał, jego kunszt zachwycał miejscowych kibiców. Mnożyły się też oferty transferowe, w tym najsłynniejsza – z Realu Madryt. Jego pechem były jednak lata gry. Z Polski wówczas w świat nie wyjeżdżał praktycznie nikt… Jemu zaś taki krok dodatkowo utrudniał etat oficerski. Jako zawodnik Legii Warszawa był bowiem żołnierzem Wojska Polskiego. Dziś posługuje się stopniem pułkownika.
Szczęściem natomiast wielkie chwile triumfów przeżywane na polskich boiskach. Legii Warszawa nie opuścił już nigdy. Od 1954 roku przez ponad siedemnaście lat był ważną postacią w jej składzie. Spinał klamrą dwie epoki piłkarskie. Mistrzostwo Polski zdobył z tym klubem czterokrotnie – w 1955 i 1956 roku, a potem w 1969 i 1970 roku. Tworzył legendarne składy Wojskowych z Ernestem Pohlem i Edmundem Kowalem, a potem z Januszem Żmijewskim i Kazimierzem Deyną. Pośrodku tych dwóch okresów – w 1957, 1964 i 1965 roku – był też trzykrotnie królem strzelców Ekstraklasy.
Cztery bramki. Trzy razy udało mu się zanotować taki rezultat strzelecki w jednym meczu ligowym. I tyle zabrakło mu też do pierwszej pozycji w klasyfikacji strzelców wszech czasów Ekstraklasy. Ostatecznie jego dorobek zamknął się na 182 bramkach. Do dziś jednak nikomu nie udało się go zepchnąć z fotela wicelidera. Nie ma za to zawodnika w całej historii Ekstraklasy, który strzeliłby więcej goli dla jednego klubu niż właśnie Lucjan Brychczy. Cały swój dorobek wywalczył w starciach w barwach Legii Warszawa.
Doczekał się też wielkiego sukcesu w europejskich pucharach Razem z Legią dotarł do półfinału Pucharu Europejskiego Mistrzów Klubowych, czyli poprzednika dzisiejszej Ligi Mistrzów w 1970 roku. W tamtej edycji strzelił w sumie cztery gole, co było najlepszym wynikiem w zespole Wojskowych. Praktycznie w pojedynkę przeprowadził ich przez ćwierćfinał z Galatasaray Stambuł przeciwko któremu zdobył trzy bramki, co stanowiło cały dorobek Legii w tej fazie rozgrywek. W kolejnej edycji świętował ćwierćfinał tych rozgrywek, zaś w edycji 1964/65 udało mu się dotrzeć do ćwierćfinału Pucharu Zdobywców Pucharów. Dzięki temu jest jednym z nielicznych zawodników, którzy w barwach polskich klubów osiągnęli ćwierćfinał dwóch pucharów europejskich.
Jedyną wielką imprezą w jego dorobku reprezentacyjnym były igrzyska olimpijskie w 1960 roku, gdzie jednak Polska zakończyła zmagania już w grupie. Szczytem jego osiągnięć był jednak mecz ze Związkiem Radzieckim w 1957 roku w eliminacjach mistrzostw świata. Aż do batalii ekipy Kazimierza Górskiego uchodził on za jedno z najlepszych spotkań kadry Polski. Biało-czerwoni pokonali ZSRR 2:1, a jednym z trzech największych bohaterów starcia okazał się właśnie Brychczy – asystent przy golach Gerarda Cieślika. Od 1963 do 1973 roku był liderem pod względem liczby spotkań rozegranych w reprezentacji Polski. Swój dorobek zamknął na 58 meczach. Pierwszy i ostatni występ dzieliło aż piętnaście lat.
W koszulce Legii spędził dziewiętnaście sezonów. W tym czasie rozegrał 368 meczów. Gdy kończył karierę w 1972 roku piastował pozycję lidera pod względem liczby występów na najwyższym poziomie rozgrywkowym. Był też trzecim w historii zawodnikiem, po Edwardzie Szymkowiaku i Horście Mahselim, który awansował do Klubu 300. Jest przy tym zawodnikiem z największą liczbą meczów rozegranych w Legii w Ekstraklasie.
Kres kariery nie oznaczał jednak pożegnania z Legią. Do dziś – w różnych rolach pełnionych w sztabie szkoleniowym – Lucjan Brychczy obecny był przez kilka dekad w szeregach Wojskowych. Uważany jest za jedną z największych legend Legii Warszawa. Uhonorowano go między innymi miejscem w Galerii Sław klubu, członkostwem honorowym PZPN, czy miejscem w Klubie Wybitnego Reprezentanta.