

Pięćdziesiąt lat temu zdarzył się najlepszy kwiecień w historii występów polskich drużyn w europejskich pucharach. W rywalizacji o dwa najważniejsze klubowe trofea na Starym Kontynencie - Puchar Europejskich Mistrzów Klubowych (PEMK) i Puchar Zdobywców Pucharów (PZP) - zostały je
Ekstraklasa została dzięki temu siódmą ligą w historii, która uzyskała taki dublet. Wcześniej udawało się to Anglikom (trzy razy), Włochom (dwa razy), Hiszpanom (1961/1962), Szkotom (1966/1967), Bułgarom (1966/1967) oraz Czechom i Słowakom (1968/1969). Próżno więc na tej liście było szukać potęg z Niemiec, Francji, Portugalii, czy Holandii.
Wobec takiego sukcesu nic dziwnego, że cały kraj zwariował na punkcie piłki nożnej. Ulice pustoszały, przy jednym odbiorniku zasiadało nawet po kilka rodzin, a losami Włodzimierza Lubańskiego i Kazimierza Deyny w bojach na europejskiej arenie ludzie żyli nie mniej niż przygodami Janka Kosa albo Gustlika Jelenia z "Czterech pancernych". To właśnie w kwietniu 1970 roku, gdy Legii Warszawa przyszło walczyć z Feyenoordem Rotterdam w półfinale PEMK, a Górnikowi Zabrze na tym samym szczeblu PZP z AS Romą, futbol na dobre ugruntował swą pozycję wśród ulubionych rozrywek Polaków.
1 KWIETNIA: ŚWIĘTA, ŚWIĘTA I PO ŚWIĘTACH...
Taka to już piłkarska dola - nie zawsze można spędzić święta z rodziną. Tak było właśnie pięćdziesiąt lat temu. Już w Poniedziałek Wielkanocny rano zawodników Górnika Zabrze czekał bowiem lot z Katowic do Rzymu. Ich los podzielili także gracze Legii Warszawa, choć tym razem grali u siebie. Szkoleniowiec, Edmund Zientara, zaordynował jednak krótkie zgrupowanie w hotelu "Pod Dębami", położonym opodal stolicy. Konieczność wyrwania się z domowych pieleszy tego dnia dotknęła jednak oprócz nich też sporą liczbę kibiców, którzy zamiast bawić się w oblewanie rodziny i przyjaciół wodą, zgromadzili się na Okęciu w oczekiwaniu na autografy Wima van Hanegema, Wima Jansena i reszty ekipy z Rotterdamu. Czuć było narastające napięcie przed wielkim piłkarskim bojem...
Bonifikatą dla Górnika Zabrze za daleką podróż, odbytą w środku świąt, była chociaż słoneczna pogoda. Tymczasem w Polsce... w najlepsze trwał sezon zimowy. W Wielkanoc przez kraj przetoczyła się zawieja śnieżna. Na Wielkiej Krokwi w czasie świąt rozegrano nawet konkurs skoków narciarskich i to bez potrzeby sztucznego naśnieżania. Ciągłe opady, a także wietrzna pogoda dość mocno niestety sponiewierały boisko przy Łazienkowskiej. Mimo tej niekorzystnej pogody starcie Legii z Feyenoordem z trybun obejrzało blisko 24 tysiące kibiców, co było najlepszym wynikiem Wojskowych w europejskich pucharach aż do rywalizacji z AC Milan rozegranej dwa lata później. A kogo wystraszył śnieg, deszcz i zawieje, to mógł liczyć na pełnowymiarową transmisję w radiu i telewizji. Bezpośrednio po jej zakończeniu widzowie przenieśli zaś się do Rzymu na starcie Górnika z AS Romą. A nie było to wcale takie oczywiste, bo rozgrywane dwa tygodnie wcześniej ćwierćfinały w Telewizji Polskiej były pocięte i musiały ustąpić miejsca... bijącemu rekordowi popularności serialowi "Czterej pancerni i pies", emitowanemu akurat w środowe wieczory.
- Lepiej spisał się komentator meczu w Rzymie od swojego kolegi, który zagadał mecz w Warszawie. Doprawdy, jak można tak wiele mówić, mając tak mało do powiedzenia?! Ale nie wybrzydzajmy: dzięki dla TV za bezpośrednie transmisje! Prosimy o "bis" w dniu rewanżów, 15 kwietnia! - komentowała "Trybuna Robotnicza". Lepsze wrażenia z Rzymu być może zostały spotęgowane przez grę Górnika. Włodzimierz Lubański odgrażał się, że upoluje gola. To akurat mu się nie udało, ale za to zapisał asystę przy trafieniu Jana Banasia. Włosi odpowiedzieli jednym golem. W związku z tym do Polski zespół kierowany przez Michała Matyasa powrócił z bramkowym remisem, co dawało spore nadzieje na końcowy sukces. W Warszawie z kolei drużynom z trudem szło stwarzanie sytuacji. Piłka w kluczowych momentach często zatrzymywała się w potężnych kałużach. Ostatecznie żadna z nich nie trafiła do siatki przeciwników. - Zadowolony jestem z drużyny. Nasi chłopcy włożyli wiele serca w grę w tych nienormalnych warunkach. Wszyscy robili co mogli. Jestem przekonany, że jeżeli jeszcze bardziej przyłożą się do treningu w najbliższych dwóch tygodniach, to wygrają mecz w Rotterdamie. - prorokował prezes Legii, generał Zygmunt Huszcza.
15 KWIETNIA: STRACH I NIEPEWNOŚĆ
"Wielka piłkarska środa" - anonsowała ten dzień "Trybuna Robotnicza". Informacje o przygotowaniach do podwójnej rywalizacji polskich drużyn w półfinałach europejskich pucharów przebijały się z czołówek większości gazet, choć... musiały konkurować z szeroko relacjonowaną katastrofą misji kosmicznej Apollo 13. Analizy taktyczne, warianty awansu, wywiady z trenerami. To wszystko zajmowało łamy prasy w ostatnich dniach poprzedzających mecze. Jednak mimo, że obie drużyny podzieliły się punktami ze swymi przeciwnikami, to oddźwięk po tych remisach był diametralnie różny.
Górnik Zabrze po dobrej grze i korzystnym wyniku w Wiecznym Mieście urósł do rangi faworyta. I to nie tylko na Śląsku. Jego występy na kontynentalnej arenie stały się sprawą wszystkich Polaków. Jak bardzo - świadczyło lądowanie rzymskiej ekipy w Polsce. Przybyła ona bowiem nie do Katowic, ale do krakowskich Balic. Na lotnisku stawili się zaś wyjątkowo licznie mieszkańcy stolicy Małopolski, z transparentami w rodzaju: "Choć jesteście tu w gościnie i tak lanie was nie minie". W dniu meczu przejazdowi obu drużyn - Romy z hotelu Katowice i Górnika ze Świerklańca - na Stadion Śląski, gdzie odbył się rewanż, asystowała natomiast policja, bowiem setki kibiców pojawiły się na ulicach wiodących ku piłkarskiej arenie. Na trybuny przyszło zaś ponad 70 tysięcy fanów, co było jednym z najlepszych rezultatów frekwencyjnych wśród wszsystkich meczów w całej tej edycji europejskich pucharów.
Spotkanie pewnie nie zawiodło ich oczekiwań. Na minutę przed końcem regulaminowego czasu gry w finale była AS Roma; na minutę przed końcem dogrywki zaś - Górnik Zabrze. W obu przypadkach jednak udawało się wyrównać stan rywalizacji przegrywającemu zespołowi. Skończyło się więc na wyniku 2:2. Oba gole dla polskiego zespołu strzelił Włodzimierz Lubański. Miał przeczucie trener Romy Helenio Herrera. Gdy Górnik oddelegował do pomocy rzymskim rywalom przy sprawach organizacyjnych w Polsce Henryka Loskę, ten przy zapoznawaniu się z Włochem, kurtuazyjnie powiedział, że boi się współpracy z wymagającym szkoleniowcem. W odpowiedzi usłyszał od niego: - A ja się boję Lubańskiego i co mam zrobić?
Bezpośrednio przed tą potyczką w prasie rozpisywano się szeroko między innymi nad wariantami, jakie dają awans Górnikowi do finału. Zapomniano - lub przeoczono przy przeczesywaniu regulaminów - jednak wspomnieć o tym, że dotyczą one tylko regulaminowego czasu gry, w którym tak jak w Rzymie padł rezultat 1:1. Zgodnie z ówczesnymi zasadami oznaczało to trzeci mecz na neutralnym stadionie między tą dwójką zespołów. Spiker ogłosił jednak z pełnym przekonaniem po ostatnim gwizdku arbitra niepowodzenie Górnika Zabrze. Ciężko było to przeboleć kibicom i piłkarzom. Gol dla Romy w dogrywce padł bowiem tuż po wykonaniu przez tę kilkudziesięciotysięczną publiczność na stadionie pieśni "Sto lat" w podziękowaniu dla zawodników. Wrażeniu wywołanemu przez ogłoszenie spikera uległ nawet prezes zabrzan, Eryk Wyra, choć zarzekał się, że dobrze znał ten przepis. Wątpliwości przeciął dopiero wiceprezes Górnika Zabrze Hubert Gralka (według innych - Henryk Loska), który otrzymał potwierdzenie od sędziego i telegram z UEFA o trzecim spotkaniu. Zamieszanie było jednak ogromne. W redakcjach polskich gazet rozdzwoniły się telefony. Pewności nie było też wśród szacownych redaktorów Do tego stopnia, że Polska Agencja Prasowa poprosiła o interpretację przepisu sekretarza generalnego PZPN i zarazem działacza UEFA - Leszka Rylskiego.
Po tej huśtawce nastrojów telewidzowie przenosili się do Rotterdamu. Wobec 0:0 w Warszawie Legii praktycznie nikt jednak nie przyznawał Wojskowym dużych szans na sukces w rywalizacji z Feyenoordem. Ewoluowało też spojrzenie trenera ich konkurentów, równie sławnego co małomównego Austriaka Ernsta Happela. Po przyjeżdzie do Polski twierdził, że jego zespół znajduje się w bardzo słabej formie. Na konferencji poprzedzającej rewanż z wielką pewnością zaanonsował wygraną Feyenoordu 2:0. Szkoleniowiec okazał się bardzo dokładny w swych wizjach. Rotterdamski klub rzeczywiście pokonał Wojskowych w tym stosunku. - Wszyscy grali poniżej swoich możliwości. Trzeba przynać otarcie, że nie jestesmy jeszcze ekstraklasą europejską i awans do czwórki półfinalistów uważam za olbrzymi sukces. Nasi piłkarze muszą się jeszcze wiele nauczyć - skomentował trener Edmund Zientara.
22 KWIETNIA: FACE I PILLE
Na placu boju w europejskich pucharach pozostał więc już sam Górnik Zabrze. Jednym z pierwszych kroków podjętych, przez jego działaczy - gdy dotarła już do nich informacja o trzecim starciu z AS Roma - było przełożenie ligowego spotkania... własnie z Legią Warszawa. Pierwotnie zostało ono wyznaczone na 19 kwietnia. A miało niebagatelny wpływ na końcowy układ tabeli, bo obie drużyny plasowały się na dwóch pierwszych pozycjach i dzieliły je dwa punkty na korzyść Wojskowych. Odwrotnie AS Roma - na trzeci mecz wybierała się prosto z Turynu, bezpośrednio po starciu z Juventusem. Trener Helenio Herrera oszczędził w nim jednak większość czołowych zawodników.
Drużyny były zobligowane do wyznaczenia miejsca na ten baraż jeszcze przed drugim starciem. Włosi proponowali Londyn, Polacy - Kopenhagę lub Brukselę. Ostatecznie stanęło na Francji. Tu zaś wewnętrzną rywalizację o prawo gościny wygrał alzacki Strasbourg. Nie był to najlepszy okres dla zespołów znad Sekwany. Od występu Olympique Lyon w edycji 1967/1968 w Pucharze Zdobywców Pucharów żadnemu zespołowi nie udało się przebrnąć etapu 1/8 finału w europejskich rozgrywkach, choć grywały tam choćby ekipy węgierskie, tureckie, rumuńskie, greckie, duńskie, norweskie i bułgarskie. Europejska federacja pewnie więc liczyła na spory udział neutralnych fanów, spragnionych rozgrywek na najwyższym poziomie. Organizator ustalił ceny wstępu od 5,45 do 31 franków. Skusiło się na nie około 12 tysięcy osób, w tym spora grupa polonii, ale też włoskich robotników sezonowych.
Tymczasem dla kibiców w Polsce do rangi problemu numer jeden urastał możliwy brak transmisji telewizyjnej. Dopiero w poniedziałek, na dwa dni, przed potyczką, francuska centrala telewizyjna w Paryżu zadecydowała, że przeprowadzi relację z tego wydarzenia. Dzięki temu również Telewizja Polska umieściła ją w swojej ramówce. Informacji o tym meczu nie było jednak tak łatwo znaleźć na łamach prasy. Cóż... musiał on konkurować ze stuleciem urodzin Włodzimierza Lenina wypadającym tego samego dnia! Rywalizacja o finał została więc zepchnięta w głąb łam prasy przez tytuły o braterstwie i przyjaźni z narodem radzieckim.
Wieczorem jednak liczyło się tylko jedno wydarzenie. Do telewizorów znów zasiadły tłumy. Napięcie sięgało zenitu nie tylko w Zabrzu, ale też w całej Polsce. Mecze Górnika Zabrze stały się wydarzeniami społecznymi. - Było tłoczniej przy telewizorach niż w okresie festiwalów opolskiczh czy sopockich, podczas Klossa, czy niegdysiejszych "Kobr". W tym właśnie upatruję również wielki sukces górniczej drużyny - zainteresowanie wielkim sportem także tych wszystkich, którzy do tej pory stali na uboczu sportowych wydarzeń. Kiedyś pasjonowano się tak Wyścigiem Pokoju. Teraz dopiero Górnik odsłonił na nowo urok sportowego widowiska i klimat wielkiego wyczynu - pisał Zbigniew Ringer dla "Dziennika Polskiego". Barażowe starcie zabrzan z Romą w trzech krajach obejrzało łącznie 25 milionów widzów, z czego pewnie największą część stanowiła właśnie polska publiczność. Następnego dnia, o 9:00, zaplanowano zaś w TVP powtórkę z tego wielkiego wydarzenia.
W I połowie meczu transmisja została jednak... dwukrotnie przerwana z powodu awarii światła w Strasbourgu, choć jak ustalili dziennikarze, w okolicznych domach prądu nie brakowało. Łącznie pauza trwała kilkadziesiąt (według różnych źródeł do 26 do 50) minut. Może i była to zresztą sprzyjająca okoliczność dla polskiego zespołu, bo pozwoliła mu dojść do siebie po przyspieszonej rozgrzewce. Po Górnika zapomniał przyjechać kierowca autobusu i musieli oni na łeb, na szyję gnać na arenę taksówkami oraz przypadkowymi pojazdami. Przez to zostało im mniej czasu niż zaplanowali. Problemy z prądem pozwoliły zaś zneutralizować tę przewagę Romy. Delegat UEFA, Nick Birtz z Luksemburga, zapowiedział jednak, że trzecia taka awaria będzie jednak skutkować unieważnieniem spotkania.
Tymczasem tuż przed końcem I połowy Włodzimierz Lubański poszedł na przebój i świetnym strzałem ("jak z fuzji" - pisała o nim francuska prasa dzień później) od słupka zdobył prowadzenie dla zabrzan. Bramkarz przeciwnika, Alberto Ginulfi, chyba do końca był przekonany, że polski napastnik poda partnerom. Była to już jego trzecia bramka w tym tryptyku z Romą. Znów jednak Giallorossi zdołali osiągnąć remis. Sędzia, Roger Machin, wcześniej pamiętany w Polsce z dobrego prowadzenia starcia Legii z Galatasaray SK w ćwierćfinale PEMK w tej samej edycji, tym razem podjął kontrowersyjną decyzję o rzucie karnym dla Romy, choć zdaniem wielu obserwatorów faul zdarzył się jeszcze przed linią pola karnego. Wykorzystał go tak jak tydzień wcześniej w Chorzowie - Fabio Capello. - Fatalne sędziowanie w trzecim kolejnym meczu pucharowym omal nie pozbawiło nas zasłużonego awansu - powiedział potem trener zabrzan, Michał Matyas.
Na tym skończyły się bramkowe żniwa obu ekip w całym trójmeczu. Wobec takiego obrotu sprawy przepisy UEFA zdawały się już na los. Paskudna wizja, zwłaszcza dla Stanisława Oślizły, który jako kapitan Górnika miał wskazać właściwą stronę żetonu wyrzucanego przez Machina. Pomylił się już raz w takiej próbie nerwów - sześć lat wcześniej, gdy przeciwko Górnikowi stała czeska Dukla Praga. Ba! Nawet tego dnia, w Strasbourgu, jedno losowanie nie poszło po jego mysli. I nie chodziło tu o wybór strony, ale... stroje. Górnik - przywiązany do swoich barw - chciał grać w białych trykotach. Trener rywala Helenio Herrera dla zdeprymowania zabrzan również jednak zgłosił koszulki w takich barwach jako pierwszy komplet. O wszystkim musiało więc rozstrzygać losowanie. Oślizło wskazał w nim na stronę żetonu z napisem "Pille". Wówczas wypadło "Face" i Herrera mógł mieć chwilę satysfakcji, co zresztą zademonstrował.
Mimo tego Oślizło pozostał wierny tej stronie żetonu również w rozgrywce o miejsce w finale. Zresztą ku radości trenera przeciwników. On także zdołał jeszcze wykrzyczeć do swego kapitana "Face gagnera!" (reszka wygra). A potem krążek powędrował już w górę. Ówczesna technika telewizyjna nie pozwalała na dokładny wgląd w przebieg tego aktu. O powodzeniu misji można było się domyślać po reakcjach piłkarzy, ściśle stłoczonych wokół arbitra. - Uwaga... dramatyczny moment, dramtyczny moment proszę Państwa... Nikt z piłkarzy nie patrzy w tamtą stronę... Rzucona moneta... Polska! Górnik! Brawo! Brawo! A więc sprawiedliwości stało się zadość, kochani chłopcy, macie jednak szczęście! - krzyczał rozentuzjazmowany Jan Ciszewski. Oślizło opowiadał potem, że wybrał stronę żetonu ze względu na zielony kolor. Ponieważ jednak druga połowa była pokryta czerwienią, ta wersja nie mogła przejść w prasie PRL-u. - To moje nowe ulubione słowo, choć do dziś jeszcze nie wiedziałem co owo "Pille" znaczyło - opowiadał więc z uśmiechem Oślizło.
Dokładnie pół wieku temu Stanisław Oślizło wybrał "zielony", a @GornikZabrzeSSA po rzucie monetą awansował do finału Pucharu Zdobywców Pucharów! ????
— PKO BP Ekstraklasa (@_Ekstraklasa_) April 22, 2020
Jak widać, legendarnemu kapitanowi Górnika szczęście w takich sytuacjach dopisuje do dziś ???? pic.twitter.com/s6VQKb3wyx
29 KWIETNIA: W DWUDZIESTU TRZECH KRAJACH
Końcowy akord tego pięknego kwietnia rozgrywał się w deszczowym Wiedniu, gdzie zaplanowano finał Pucharu Zdobywców Pucharów w edycji 1969/1970. I to już tydzień po zakończeniu rywalizacji Górnika z Romą. Gdyby tak spojrzeć na plan wyjazdowy zabrzan z tego okresu można byłoby dojść do wniosku, że to harmonogram pracy pilota: środa - Strasbourg, od czwartku do soboty - Zabrze, od niedzieli - Wiedeń. Trzy miasta w pięć dni. Inny plan na ten ostatni okres miał Manchester City, który przybył do stolicy Austrii dopiero we wtorek. I omal sobie nie napytał takim postępowaniem sporej biedy. Jego samolot był ostatnim, który opuścił lotnisko w Manchesterze, nim ogłoszono strajk obsługi. Uziemione zostały z kolei środki transportu z kibicami The Citizens. W związku z tym Anglików wspomagało w Wiedniu niespełna 2 tysięcy fanów.
Tłumy witały samolot An-24 z ekipą Górnika, gdy przylatywał ze Strasbourga do Katowic. I takie same, wielotysięczne masy, żegnały go, gdy przyszło zabrzanom podróżować do Wiednia na decydujące starcie. Z oczywistych względów - paszportowych i finansowych - mało kto mógł sobie pozwolić na taką podróż. To spojrzenie na lotnisku musiało wystarczyć za całe wsparcie.
Na szczęście nie było problemów z uzyskaniem sygnału telewizyjnego. Transmisję przeprowadziły 23 kraje. Wśród relacjonujących ten mecz na żywo nie było jednak... Anglików. W tym samym czasie BBC puszczała powtórkę z finału Pucharu Anglii między Leeds United, a Chelsea FC. Zdaje się, że Brytyjczycy nadal boczyli się na europejskie puchary i stawiali swoją piłkę nad kontynentalne zmagania. Dla Polaków jednak było to wielkie wydarzenie. Posiadacze telewizorów gościli u siebie tego dnia nawet kilkadziesiąt osób. Dużym powodzeniem cieszyły się także wszelakie świetlice.
Na trybunach w Wiedniu natomiast pojawiło się blisko dziesięć razy mniej fanów niż dwa tygodnie wcześniej w Chorzowie! Nie zachęcała pogoda, ale też i wysokie ceny wejściówek. Ci kibice, którzy zdecydowali się na zakup biletów otrzymali z kolei kartoniki bez wydrukowanych nazw drużyn. Organizatorzy usprawiedliwiali się, że sprzedaż musieli rozpocząć na wiele dni przed finałem, gdy nieznane były jeszcze losy barażu między Górnikiem, a Romą. Na wszelki wypadek za to wydrukowali już rezerwowe wejściówki na ewentualny drugi mecz finałowy, gdyby pierwsze starcie nie przyniosło rozstrzygnięcia. Drugi zgrzyt stanowił napis "Górnik Hindenburg", figurujący na wejściu do szatni polskiego zespołu. Z tym akurat dość szybko rozprawili się zawodnicy i trener śląskiej ekipy, ale w niektórych miejscowych dziennikach nadal używano tej niefortunnej nazwy.
Na boisku tym razem wszystko zamknęło się w dziewięćdziesięciu minutach. Na śliskiej murawie indywidualne błędy popełnili Hubert Kostka i Stanisław Oślizło. Dzięki temu już do przerwy Manchester City prowadził 2:0. W drugiej połowie kapitan Górnika Zabrze odkupił swoje winy i dał polskiej ekipie bramkę kontaktową, zdobytą po wielkim zamieszaniu. Był to jego pierwszy gol w oficjalnych spotkaniach od blisko czterech lat, gdy w reprezentacji wpisał się na listę strzelców w rywalizacji ze Szwedami! Niestety reszty strat nie udało się nadrobić i to mimo sytuacji "sam na sam" Jana Banasia. Najbardziej wśród polskich zawodników menadżerowi przeciwników do gustu przypadł jednak Zygfryd Szołtysik. Włodzimierzowi Lubańskiemu pozostał zaś tytuł króla strzelców PZP 1969/1970 z wynikiem siedmiu goli.
Mimo porażki, powitanie Górnika Zabrze, wcale nie ustępowało euforii po wyeliminowaniu Romy. Udział w finale był jednak największym sukcesem polskiej piłki nożnej aż do reprezentacji Kazimierza Górskiego, podbijającej turnieje IO i MŚ. Zabrzanie zdobyli taką popularność, że federacja meksykańska chciała ich nawet sprowadzić w roli sparingpartnerów dla swojego zespołu narodowego przed mundialem. - Górnik jest w tej chwili jedyną drużyną w Polsce posiadającą autorytet na rynku światowym, wywalczony w wielodniowych bojach na stadionach i boiskach obu półkul - pisał "Dziennik Bałtycki" nazajutrz po finale.