

Kiedy w sierpniowy, upalny dzień Rio de Janeiro Maja Włoszczowska finiszowała na drugim miejscu w kolasrskim wyścigu olimpijskim, Arka Gdynia odnosiła właśnie swoje pierwsze zwycięstwo na stadionie Legii Warszawa w Ekstraklasie. Symbioza najwyższej polskiej ligi i letnich igrzysk
Wacław Kuchar w ciągu całej kariery piłkarskiej strzelił łącznie tysiąc goli. Był pierwszym zawodnikiem w historii z setką bramek na koncie w rozgrywkach mistrzowskich w Polsce. Cztery razy został mistrzem Polski, grał też na Igrzyskach Olimpijskich. Omal nie został nawet pierwszym w historii reprezentantem kraju na imprezie tej rangi zarówno w odsłonie letniej, jak zimowej. To nawet dziwne, że tak się nie stało, biorąc pod uwagę jego osiągnięcia na lodzie. W łyżwiarstwie szybkim dwadzieścia dwa razy był mistrzem Polski, zajął też 7. miejsce na wielobojowych ME. Do dziś tego wyniku nie pobił żaden z reprezentantów kraju nad Wisłą. Największy sukces na arenie międzynarodowej odniósł jednak w hokeju. Tu w 1929 roku sięgnął po wicemistrzostwo Europy!
Razem z nim w zespole srebrnych medalistów Starego Kontynentu był też Aleksander Tupalski, bardzo dobry pomocnik Polonii Warszawa, wicemistrz Polski, trzykrotny reprezentant Polski w piłce nożnej. W przeciwieństwie do Kuchara znalazł się też w składzie na Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Sankt Moritz w 1928 roku. Razem z nim pojechał tam też dwukrotny piłkarski mistrz Polski z Wisły Kraków – Bronisław Makowski. Kiedy zaś przed igrzyskami w Garmisch-Partenkirchen w 1936 roku, Tupalski został selekcjonerem hokejowej reprezentacji Polski, do drużyny olimpijskiej powołał piłkarza Legii, jednokrotnego futbolowego reprezentanta kraju – Henryka Przeździeckiego oraz jednego z najważniejszych futbolistów ŁKS Łódź – Władysława Króla.

Nie było więc trudno znaleźć znanych piłkarzy na taflach lodowych. Nawet słynny Ernest Wilimowski zimą grał w ligowym zespole Pogoni Katowice w hokeju. Dyscypliny związane ze śniegiem były jednak rzadkością w orbicie zainteresowań piłkarzy. W najwyższej lidze piłkarskiej znalazł się jednak wyjątek – Stefan „Szczepan” Witkowski, olimpijczyk w biathlonie oraz w biegach narciarskich.
REŻYSER RUTYNIARZ
W drugiej kolejce inauguracyjnego sezonu Ekstraklasy doszło do derbów Lwowa między Czarnymi, a Pogonią. Oświetlone słońcem i zroszone deszczem boisko podczas tego starcia nie wyglądało na arenę rywalizacji między dwoma czołowymi przedstawicielami sportów zimowych w całym kraju. A przecież na murawie zmierzyli się wtedy reprezentanci Polski: w łyżwiarstwie szybkim oraz hokeju – Wacław Kuchar; i biathlonie oraz biegu narciarskim na 50 kilometrów – Szczepan Witkowski.
Choć Kuchar strzelił w tym spotkaniu gola honorowego dla Pogoni (pierwszego oficjalnego w historii występów tego klubu w Ekstraklasie, unieważnione bowiem zostało starcie z pierwszej kolejki), to jednak zwycięsko wyszedł z niego specjalista od nart. Jego Czarni zwyciężyli 3:1 z dużo bardziej renomowanym rywalem, co uznawano za sporą sensację. Reżyserem gry triumfatorów był ich środkowy pomocnik, rutynowany Szczepan Witkowski. – Witkowski stojąc przed ciężkim zadaniem trzymania trójki miał w obrońcach, a w szczególności w Kmicińskim wydatne wsparcie. – skomentował jego udział w tym występie „Przegląd Sportowy”.
W chwili swego debiutu w Ekstraklasie olimpijczyk z Chamonix miał już skończone trzydzieści cztery lata. Od sporej części swych przeciwników spotykanych na murawach był nawet półtorej dekady starszy. Według autorów 51. tomu „Encyklopedii Piłkarskiej FUJI” jest on do dziś najstarszym graczem, debiutantem i strzelcem w dziejach występów Czarnych Lwów w najwyższej lidze. Był także pierwszym zawodnikiem w rozgrywkach, który zagrał po 38. urodzinach. Aż do wybuchu II Wojny Światowej zajmował nawet drugie miejsce w klasyfikacji na najstarszego piłkarza oraz najstarszego strzelca rozgrywek.
- Grający na tym stanowisku [środkowy pomocnik – przyp. WB] Witkowski jest dzięki właśnie twardości psychicznej bodaj najwłaściwszy na to odporne stanowisko na którym gracz nie ma prawa okazać jakiejkolwiek słabości - pisał "Przegląd Sportowy" o nim po zakończeniu jednego z sezonów. Zaciętość nie pozwalała mu odpuścić, choć w każdym z sezonów w których występował w Ekstraklasie był najstarszym zawodnikiem w składach grających zespołów.
Łącznie w najwyższej lidze grał przez pięć sezonów. Ostatni mecz rozegrał więc niedługo przed trzydziestymi dziewiątymi urodzinami. A przy tym nie opuszczał nart. W grudniu 1929 roku, "Przegląd Sportowy" donosił, że "niezmordowany Witkowski zaliczający się do seniorów lwowskiego narciarstwa przeprowadza suchą zaprawę oraz biegi”. Właśnie ta dyscyplina w 1924 roku wyniosła go do miana olimpijczyka.
80 KILOMETRÓW
Na I Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Chamonix w 1924 roku Witkowski wystawiony został do biegu drużynowego w biathlonie, wtedy nazywanego biegiem patrolowym. W tej konkurencji czteroosobowe drużyny – złożone obowiązkowo z wojskowych - pokonywały na nartach trasę liczącą 30 km z karabinami zawieszonymi na plecach. Mniej więcej w 2/3 dystansu trzech strzelców z każdego zespołu musiało oddać strzały do oddalonych od nich o sto pięćdziesiąt metrów baloniki, o średnicy zaledwie dwadzieścia centymetrów. Dla wszystkich reprezentacji zostało przewidzianych do zestrzelenia po osiemnaście baloników. Odwrotnie jednak niż obecnie, za nieudany strzał nie groziła żadna kara, natomiast po każdym celnym trafieniu zespół otrzymywał trzydziestosekundową bonifikatę, odejmowaną od czasu biegu. Końcowy rezultat stanowił zaś wynik po przekroczeniu linii mety przez ostatniego z kwartetu.
Z racji tego, że bieg patrolowy był domeną żołnierzy, Szczepan Witkowski został powołany do wojskowej części reprezentacji. Za jego utrzymanie podczas igrzysk w związku z tym płaciło Ministerstwo Spraw Wojskowych. Polski Związek Narciarski postanowił jednak wykorzystać obecność piłkarza - narciarza ze Lwowa, korzystny terminarz i brak kosztów po swojej stronie, więc dodatkowo zgłosił go też do biegu na 50 km, dotąd niepraktykowanego w Polsce, zaplanowanego dzień po biathlonie. W ciągu kilkunastu godzin czekało więc na niego 80 kilometrów! Jego wytrzymałość pozwalała jednak liczyć na ukończeniu obu startów.
Nim trafił do wojska do odbycia obowiązkowej służby z powodzeniem łączył występy na murawie z rywalizacją w narciarstwie. Zdobył nawet srebrny medal Mistrzostw Polski z 1923 r., w biegu na 18 km i według rankingu Polskiego Związku Narciarskiego znajdował się w pierwszej klasie zawodników polskich. „Przegląd Sportowy” dodatkowo zapewniał o jego doskonałej kondycji oraz przebytym przez niego intensywnym treningu i nazywał narciarzem „europejskiej klasy”.

MGŁA NA CHARRAMILLON
Podczas tego premierowego startu biathlonistów w dziejach igrzysk reprezentacje ruszały do boju w trzyminutowych odstępach. Pierwsi o 8.40 na trasę wybiegli Finowie, po nich Francuzi, Włosi i jako czwarta drużyna - Polacy. Za nimi znaleźli się jeszcze reprezentanci Czechosłowacji oraz Szwajcarzy. Bieg ten odbywał się przy nie najlepszej pogodzie. Rywalizację utrudniał przede wszystkim dość silny wiatr, wzniecający chwilami nawet zamieć śnieżną.
Oprócz Witkowskiego w składzie Polaków znaleźli się jeszcze: Zbigniew Wójcicki, Stanisław Kądziołka i Stanisław Chrobak. Początkowo zawodnicy znad Wisły prezentowali się bardzo dobrze. Wkrótce jednak biało-czerwonych dopadł kryzys. W pewnym momencie wszyscy nasi zawodnicy po prostu zatrzymali się i stanęli bez ruchu w odległości około sześciuset metrów od punktu kontrolnego. Z tamtego miejsca ich działania obserwował przez lornetkę Władysław Osmólski, kierownik polskiej ekipy. Drużyna polska nie tylko dała wówczas uciec reprezentantom Italii, ale też w międzyczasie została prześcignięta przez Czechów i Słowaków. Polacy pozbierali się i ruszyli dalej dopiero kiedy na horyzoncie pojawili się już startujący sześć minut za nimi Szwajcarzy... . Na punkcie kontrolnym reprezentacji Polski zmierzono czas 1h 31 min 50 sek., który był prawie 3 minuty gorszy od piątych Włochów. Powodem tego przymusowego postoju, okazała się kontuzja nogi Chrobaka.
Po zgłoszeniu urazu zawodnicy podjęli decyzję o zatrzymaniu się całą drużyną, aby nie zostawiać samego kolegi. Swoje problemy przeżywał też Witkowski. Połamał on narty, w związku z czym Osmólski przekazał mu na trasie inne deski. Od tego momentu teoretycznie najmocniejszy z całej czwórki Witkowski zaczął jednak zostawać z tyłu. Nie mógł poradzić sobie z nowym, nieznanym sprzętem na którym przyszło mu walczyć. Z powodu narastającej mgły coraz bardziej tracił też kontakt optyczny.
Chrobak, pojawił się na strzelnicy o 12:40, siedem minut po Czechach i Słowakach.. Kilka chwil później zameldował się tam też i drugi ze strzelców - Stanisław Kądziołka. Obaj narzekali na przeraźliwe zimno oraz mordercze podejście na Charamillon. Aby przystąpić do dalszej rywalizacji, musieli i tak jeszcze poczekać na resztę ekipy. Wkrótce potem pojawił się tam także Wójcicki. Okazało się, że już w trakcie zdobywania Charamillon, pękła mu narta. Od tamtej pory musiał poruszać się na zepsutym sprzęcie, co spowodowało dużą stratę do Chrobaka. Wciąż jednak nie było w Grassonet Witkowskiego. Wójcicki ostatni raz widział go jeszcze przed najtrudniejszym miejscem na trasie.
Dalsze oczekiwanie także nie przyniosło rezultatu. - Nie ma rady. Zaciskam zęby i ze smutkiem idę zadeklarować wycofanie patrolu - stwierdził potem Osmólski. Wójcicki, Chrobak i Kądziołka bez sukcesu sportowego wrócili więc do Chamonix, natomiast kierownik ekipy wyruszył na poszukiwania zaginionego zawodnika. Znalazł go dopiero w miejscowości Mont Roc. Później okazało się, że podczas podejścia na Charramillon osłabł on na tyle poważnie, że nie był w stanie pokonać tego najtrudniejszego miejsca na trasie i zemdlał. Pokonała go nie stromizna, ale rozrzedzone na wysokości prawie 2000 m.n.p.m. powietrze, z jakim wcześniej nie miał do czynienia w trakcie zawodów. Na szczęście widząc co się z nim dzieje, wstrzymał go i pieczołowicie się zajął obecny w pobliżu francuski lekarz, dr. Manelle.
Witkowski na co dzień korzystał też z nart długich, tzw. północnych, w celu uzyskania większego poślizgu. Mierzyły one ponad 230 centymetrów. O ile w połączeniu z siłą lwowianina dobrze sprawdzały się na nizinach to w terenach górskich, przy stromych, wąskich podbiegach oraz zjazdach wymagało znakomitej techniki. A tego akurat natura poskąpiła piłkarzowi ze Lwowa. Po ich złamaniu musiał zaś korzystać ze sprzętu, który praktycznie nie jechał. Ambitnie walczył jednak o sforsowanie największego podejścia. W konsekwencji doprowadziło to do omdlenia.
Na kłopoty zdrowotne Witkowskiego z pewnością wpłynął również nie najlepszy transport. Biało-czerwoni przybyli do Chamonix ledwie cztery dni przed rozpoczęciem zmagań w biegach patrolowych. Skrócona aklimatyzacja mogła się więc zemścić w czasie pokonywania trudnej trasy. W dodatku kadra podróżowała zaledwie trzecią klasą. Ministerstwa nie stać było bowiem na lepsze warunki dla zawodników. Dlatego też na miejsce przyjechali mając za sobą kilkadziesiąt godzin jazdy na twardych siedzeniach, wyłącznie w pozycji siedzącej.
ALLEZ POLOGNE
Szczepan Witkowski mimo kłopotów zdrowotnych stanął też – jako jedyny z Polaków dzień później do rywalizacji w biegu narciarskim na 50 km, dotąd niepraktykowanym nad Wisłą. Z powodu omdlenia na trasie patrolu wojskowego zachodziła jednak poważna obawa o ten występ. Dlatego kwestię tę starano rozpatrzeć bardzo dogłębnie, analizując wszelkie przesłanki na czele ze zdaniem lekarzy (ppłk Osmólski również miał medyczne wykształcenie), a także samego zainteresowanego, który mimo kłopotów w biegu patrolowym czuł się na siłach by przebiec ten dystans.
Ostatecznie postanowiono zezwolić pechowcowi stanąć do startu raz jeszcze. Kierownik reprezentacji przezornie rozstawił na trasie całą ekipę, w tym patrolowców, nie tylko w celu dopingowania kolegi, ale przede wszystkim, żeby pomogła mu w razie kolejnego omdlenia. Witkowski po swoim wypadku z dnia poprzedniego stał się sławną postacią na olimpijskich arenach. Dlatego też pechowego biegacza do boju zagrzewali również zwykli kibice francuscy. Świadomi walki jaką musi ze sobą toczyć przybysz z dalekiego kraju, głośno krzyczeli "Allez Pologne!". Również sędziowie wykazali się wielkim zrozumieniem dla mężnego Polaka i czekali na niego jeszcze 2,5 h po tym, gdy linię mety przekroczył zwycięzca biegu. Tym razem udało się. Witkowski z czasem 6'25:58, zajął 21 miejsce i był ostatnim sklasyfikowanym zawodnikiem. Ostatnie metry pokonywał jednak już zygzakiem. Z trasy wycofało się aż 12 z 33 startujących, wśród nich mistrz olimpijski w biegu patrolowym - Adolf Aufdenblatten.
Od przeciwników Witkowski i jego koledzy odstawali też podczas tych igrzysk także pod względem technologii. Dopiero we Francji zobaczyli pierwszy raz w życiu profesjonalne smary narciarskie. Do tej pory swoje deski, niezależnie od warunków atmosferycznych i śnieżnych, smarowali dla lepszego poślizgu parafiną lub stearyną. Część z zawodników postanowiła zatem zakupić już na miejscu specjalne mazidła. W biegu patrolowym Polacy jeszcze nie zdecydowali się na użycie tej substancji.

Wrażenie pozostawione przez zwycięskie ekipy Szwajcarii i Finlandii, które z powodzeniem zastosowały tę technologię, sprawiło jednak, że dzień później Witkowski już nie miał oporów przed wypróbowaniem smarów. Dzielny narciarz z Lwowa, a wraz z nim także reszta ekipy, dopiero później dowiedzieli się o właściwej technice stosowania tych nowinek. W biegu na 50 kilometrów nałożył na swoje deski jednak zbyt grubą warstwę, a dodatkowo użył mazidła przeznaczonego na inny rodzaj śniegu. Męczył się zatem właściwie w dwójnasób: z trasą i nietrzymającymi śniegu nartami. Ale właśnie w ten sposób, niczym prawdziwy pionier, przetarł drogę dla reszty naszej ekipy.
Reprezentacja biathlonistów wyjechała do kraju, dwa dni po rozegraniu swojej konkurencji i dzień po indywidualnym starcie lwowianina w biegu na 50 km. Dwuboiści bardzo chcieli jeszcze zostać, aby zobaczyć w akcji swoich kolegów z cywilnej części ekipy. Szczególnie zależało im na konkursie skoków, w którym chcieli pokibicować Andrzejowi Krzeptowskiemu I oraz Franciszkowi Bujakowi. Kierownictwo ekipy, pomimo energicznych protestów sportowców, musiało ulec słabej kondycji finansowej i zadecydowało o powrocie piątki patrolowców do Polski. Ich pobyt w Chamonix potrwał więc tylko 6 dni i zakończył się już 31 stycznia.
Witkowski jeszcze przez długi czas po igrzyskach pozostawał aktywny sportowo. W 1927 r. raz jeszcze udało mu się stanąć na podium Mistrzostw Polski w biegach narciarskich. Znów był drugi, tym razem na królewskim dystansie 50 km. Będąc członkiem Czarnych Lwów czynnie uprawiał również piłkę nożną. Przez pięć sezonów gry w Ekstraklasie (1927-31), jako środkowy pomocnik rozegrał 98 meczów i strzelił w nich 5 bramek. Ponadto prowadził jeszcze pensjonat w Sławsku. Zmarł w 1937 r., mając zaledwie 39 lat.
Wojciech Bajak
fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe