

Falami – co może nie jest nawet dziwne, biorąc pod uwagę bezpośrednie sąsiedztwo Morza Bałtyckiego – układały się losy dwójki rywali z sobotnich Derbów Trójmiasta. Arka Gdynia powstała w 1929 roku, gdy Gdańsk jeszcze był osobnym bytem państwowym. Lechia narodziła się dopiero po I
Dotąd w Ekstraklasie w całej historii wystąpiło osiemdziesiąt sześć klubów. Grupa zawodników, którzy są ich rekordzistami pod względem liczby strzelonych goli oraz rozegranych spotkań (przy założeniu, że w każdym z nich byli to dwaj różni gracze) liczy maksymalnie 172 osoby. Jak duże prawdopodobieństwo jest, iż takim statusem cieszą się ojciec i syn? W dodatku w dwóch różnych klubach? W dodatku takich, których siedziby dzieli od siebie ledwie piętnaście kilometrów? Takich, które toczą ze sobą derby znane w całym kraju?!
A tak właśnie stało się dzięki – zmarłemu w 2018 roku – Romanowi Koryntowi oraz jego synowi – Tomaszowi. Ikonom Lechii Gdańsk oraz Arki Gdynia.
OJCIEC
Gerard Cieślik zawsze twierdził, że nie znosił boiskowym spotkań z Koryntem. Legendarny napastnik Ruchu Chorzów przyjaźnił się prywatnie z tym graczem. Na murawie jednak rosły, a przede wszystkim znacznie masywniejszy od gracza Niebieskich obrońca stawał się zarazem jego największym utrapieniem wśród ligowych rywali. Raz, w 1955 roku, Lechia mierzyła się u siebie z gośćmi z Chorzowa. Od piętnastej minuty prowadziła po golu Leszka Goździka i całkowicie dominowała na boisku. W drugiej połowie niewytłumaczalną pomyłkę zanotował jednak bezbłędny dotąd Korynt. Z rzutu wolnego postanowił wycofać piłkę do swego bramkarza. Zrobił to jednak zbyt lekko, zagranie z łatwością przejął Cieślik i bez trudnu pokonał Henryka Gronowskiego. Kilkadziesiąt sekund później dobił gdańszczan, wyprowadzając Niebieskich na prowadzenie.
Publiczność chciała dosłownie rozszarpać Korynta. Przy każdym jego kontakcie z piłką trybuny ryczały: „Podaj Cieślikowi!”. Kiedy czas zaczął już naglić, ambitny obrońca poszedł do ataku, by spłacić swój błąd. W ostatnich minutach zdołał niczym rasowy snajper zmylić Ryszarda Wyrobka sprytnym strzałem, dzięki czemu doprowadził do wyrównania. Był to jego pierwszy gol strzelony w Ekstraklasie. - Popełnił tylko jeden błąd, był jednak najlepszy na boisku. Cieślik i Alszer jak ognia unikali pojedynków z nim, gdyż zawsze kończyły się ich porażką. – pisał o nim „Dziennik Bałtycki.
Za tę niezłomność, upór, twardy charakter i skuteczną grę w obronie pokochał go cały Gdańsk. Kiedy trafiał tu w 1953 roku dla ogranego już w lidze (w Legii Warszawa, gdzie wywalczył brązowy medal i doszedł do finału Pucharu Polski) oraz reprezentacji (dwa mecze w 1952 roku) byłego boksera, w 1953 roku Lechia była jedyną opcją na występy w Ekstraklasie w rodzinnych stronach. I chyba w całej historii Gdańska nie znalazł się tak gromko oklaskiwany mieszkaniec Gdyni.

W czterech pierwszych sezonach na najwyższym poziomie rozgrywkowym w barwach Lechii opuścił tylko jeden mecz. Miałby nawet komplet, ale w przedostatnim starciu sezonu 1953 otrzymał dyskwalifikację do końca rozgrywek za krytykowanie orzeczeń arbitra. Łącznie zaś zabrakło go w składzie w piętnastu spotkaniach jakie Lechia rozegrała od 1953 do 1963 roku w Ekstraklasie! W maju 1963 roku jako pierwszy (i jak na razie ostatni) w historii osiągnął granicę dwustu spotkań w Ekstraklasie w barwach gdańskiej drużyny. Stało się tak w starciu z Górnikiem Zabrze w którym musiał powstrzymywać między innymi Ernesta Pohla, czy szesnastoletniego Włodzimierza Lubańskiego. Łącznie Roman Korynt rozegrał tu 207 meczów. To absolutny rekord indywidualny pod względem liczby występów w Ekstraklasie w barwach Lechii Gdańsk. Znajdujący się obecnie na drugim miejscu w tej klasyfikacji Czesław Lenc traci do niego 26 spotkań, czyli mniej więcej jeden sezon z tamtych czasów.
SYN
Od 1951 do 1963 roku Romana Korynta zabrakło w Ekstraklasie tylko w 1954 roku. W poprzednim sezonie zaliczył bowiem degradację na zaplecze wraz z Lechią Gdańsk. Przeżył za to jedno z najradośniejszych wydarzeń w życiu prywatnym. W październiku 1954 roku gdańszczanie byli już na ostatniej prostej do awansu. W przedostatnią niedzielę tego miesiąca pokonali u siebie 2:0 Tarnovię, co stanowiło zwieńczenie ich serii pięciu zwycięstw z rzędu bez straty bramki. W każdym z nich udział brał Korynt (rzucany przez szkoleniowca Tadeusza Forysia z drugiej linii do obrony). W następnym tygodniu sposobili się do wyjazdu do Warszawy na starcie z miejscową Polonią, gdy na świat przyszedł syn defensora Lechii - Tomasz. To on okazał się kontynuatorem linii Koryntów na boiskach Ekstraklasy. Nie stał się jednak - wzorem ojca - wybitnym obrońcą. Za to posiadł smykałkę do strzelania goli.
Za młodu aż przez siedem lat bronił barw Lechii. Ponad drugi szczebel nie udało mu się jednak wybić ze swym macierzystym klubem. Najwyższej ligi zasmakował dopiero piętnaście kilometrów dalej na zachód - w Arce Gdynia. Trafił tam w 1977 roku. Już w debiucie zdołał wpisać się na listę strzelców. Łącznie zaś napastnik ten uzbierał 41 goli dla Arki w Ekstraklasie, co stanowi rekordowy wynik tego klubu. Jest też jedynym zawodnikiem, który w trzech sezonach z rzędu zdobył dla gdyńskiego zespołu. dwucyfrową liczbę bramek.
CO ICH ŁĄCZY?
Obaj wystąpili w reprezentacji jako przedstawiciele trójmiejskich klubów. Tu przewaga leży po stronie ojca. Tomasz Korynt zagrał tylko raz – za kadencji Ryszarda Kuleszy, przeciwko Węgrom – wszedł na ostatnie szesnaście minut, zmieniając Michała Wróbla. Roman Korynt jest natomiast rekordzistą Lechii Gdańsk w tej kategorii (34 mecze + 2 jako przedstawiciel Legii Warszawa). Cieszył się też większą renomą od syna. Jako jedyny piłkarz swego klubu wygrał punktację "Złotych Butów" (i to dwukrotnie).
Obaj grali też w najlepszych sezonach swoich klubów w historii ich występów w Ekstraklasie. W 1956 roku Roman Korynt wraz z Lechią Gdańsk świętował jedyne podium piłkarskich mistrzostw Polski w dziejach tej drużyny. Stało się tak dzięki wywalczeniu brązowego medalu. Do wicemistrzów – Ruchu Chorzów – stracili dwa punkty. Korynt zagrał we wszystkich meczach tamtej edycji rozgrywek. Z kolei jego syn Tomasz w swym debiutanckim sezonie z Arką Gdynia finiszował na siódmej pozycji. To także najwyższe miejsce Arkowców w historii ich występów w Ekstraklasie. Korynt junior okazał się najlepszym strzelcem tego zespołu w tamtej kampanii.
Obaj razem ze swymi klubowami awansowali też do finałów Pucharów Polski. Tu jednak ich losy potoczyły się nieco odmiennie. Lechia z Romanem w składzie w 1955 roku uległa w decydującej batalii dużo silniejszej Legii Warszawa aż 0:5. To do dziś największa różnica bramkowa między dwoma finalistami Pucharu Polski (ex aequo z Legia 5:0 Lech Poznań z 1980 roku). Drużyna jego syna natomiast 24 lata później pokonała Wisłę Kraków 2:1, ale sam napastnik rozchorował się tuż przed samym starciem i nie wystąpił w finale.
KLAN KUPCEWICZÓW
W tamtym finale bramkę zdobył Janusz Kupcewicz. Był on trzecim (i najbardziej znanym) przedstawicielem znanej rodziny trójmiejskich futbolistów. Wraz z olcem Aleksandrem oraz starszym bratem Zbigniewem mieli wyjątkowe szczęścia do uczestnictwa w szczególnych wydarzeniach w historii obu klubów. Senior rodu zagrał w premierowym spotkaniu Lechii Gdańsk w Ekstraklasie. - W pierwszej połowie Lechii szło jak z nut. Gdańszczanie nie mieli słabych punktów, a do rzędu najlepszych zawodników na boisku zaliczyć można (...) obydwóch skrzydłowych Kokota II i Kupcewicza. - pisał "Dziennik Bałtycki". Skończyło się jednak na porażce 1:5 z Cracovią. Premierowe zwycięstwo gdańskiego klubu w elicie przyszło jednak już tydzień później. W tym meczu Aleksander Kupcewicz strzelił też swego pierwszego gola w Ekstraklasie, a także zanotował asystę.
Gola w pierwszym zwycięskim spotkaniu Arki Gdynia w Ekstraklasie ponad ćwierć wieku później, 17 sierpnia 1974 roku, strzelił natomiast jego syn Zbigniew. Tamto starce z ŁKS Łódź zakończyło się wynikiem 1:0. Zagrał w nim również najmłodszy z całego tercetu – Janusz. A że był to debiut Arkowców w Ekstraklasie to powtórzyli oni wyczyn swego ojca w Lechii. Później Janusz został autorem 100. bramki gdynian w Ekstraklasie, a także… jedynym w historii medalistą MŚ z trójmiejskich klubów. Stało się tak po wygranej w starciu o 3. miejsce na MŚ 1982. W tej potyczce strzelił nawet decydującego gola.

W 1986 roku został zaś drugim zawodnikiem po Januszu Możejce, który zagrał w barwach obu tych klubów w Ekstraklasie. Po jego powrocie z zagranicznych wojaży bowiem to znów Lechia była górą i to ona grała w elicie, podczas gdy Arka Gdynia tułała się po niższych szczeblach.
NASTĘPNI?
Nie było natomiast jednak jeszcze przypadku, by ojciec brał udział w Derbach Trójmiasta w barwach jednego z tych dwóch klubów, a kilka lat później jego syn wystąpił po drugiej stronie barykady. Choć to dwie drużyny z ogromną historią i tradycją, z plejadą wspaniałych nazwisk wśród dawnych graczy. Jednak w Ekstraklasie spotkały się dopiero w 2008 roku.
Od tego czasu rozegrały jedenaście spotkań. Jeszcze nigdy Arce Gdynia nie udało się w nich odnieść zwycięstwa. Na boisku Lechii Gdańsk nie zdobyła zaś nawet jednego punktu. Po pierwszym gwizdku jednak te liczby przestają mieć znaczenie. Niezależnie, czy w dowodzie osobistym w rubryce nazwisko wpisane jest Korynt, Kupcewicz, Haraslin, Jankowski, Młyński, czy Paixao. Niezależnie, czy w miejscu urodzenia widnieje Gdańsk, Gdynia, a może Warszawa, Szczecin albo Tbilisi. Derbowa aura udzieli się bezwarunkowo każdemu... I tylko warto pamiętać o szacunku. Bo - jak widać - nawet w jednej rodzinie może być miejsce i na Lechię i Arkę.
????????
— LOTTO Ekstraklasa (@_Ekstraklasa_) 26 października 2018
Przed derbami Trójmiasta Pavels Steinbors odlicza swoje najlepsze interwencje w #Ekstraklasa! Zachowa czyste konto w #LGDARK?
???? WIĘCEJ: https://t.co/cfKItZsZup pic.twitter.com/CI6Yd21qVx