

Marcin Wasilewski z Wisły Kraków jest jedynym piłkarzem w obecnych składach drużyn Ekstraklasy z datą debiutu na tym szczeblu osadzoną jeszcze w XX wieku. W niedzielę ma szansę wystąpić przeciwko Śląskowi Wrocław - zespołowi w barwach którego ponad dziewiętnaście lat temu zaliczy
W składach Śląska Wrocław i Wisły Kraków znajdują się zawodnicy z największą liczbą występów w Ekstraklasie spośród aktualnych graczy tego szczebla, największą liczbą sezonów w lidze łącznie, czy najdłuższą aktualną serią sezonów rozegranych w lidze. Walka o prymat w każdej z tych kategorii jest wewnętrzną sprawą kwartetu: Paweł Brożek, Rafał Boguski, Piotr Celeban i Mariusz Pawelec.
Wszyscy oni swoje premierowe występy w elicie zaliczyli jednak długo po Marcinie Wasilewskim. Jego debiut nastąpił bowiem już 19 sierpnia 2000 roku. Blisko osiem miesięcy przed kolejnym graczem z tej listy.
DIAMENT Z SUCHYCH STAWÓW
Wśród krakowskich klubów, Hutnik, nie jest nawet na podium w tabeli wszech czasów Ekstraklasy. W klasyfikacji medalowej drużyn spod Wawelu znajduje się dopiero na piątym miejscu. Ale akurat rękę do młodzieży ekipa z Suchych Stawów ma wyjątkowo dobrą. Plejada "diamencików" wychowanych w młodzieżowych grupach tej drużyny rozciąga się między Janem Karasiem, a Michałem Pazdanem.
Weźmy chociażby mecz IV rundy Pucharu Polski w październiku 1999 roku. Na rywala Hutników los wyznaczył Polonię Warszawa, w dniu starcia - wicelidera Ekstraklasy, za parę miesięcy zaś - nowego mistrza kraju. Mimo to ówczesny II-ligowiec dzielnie stawiał czoła Czarnym Koszulom z Maciejem Szczęsnym, Arkadiuszem Bąkiem, Igorem Gołaszewskim, czy Emmanuelem Olisadebe w składzie.
Stołecznemu zespołowi udało się wywalczyć awans dopiero po rzutach karnych (5:4), choć naprzeciwko nim stanęli trzej młokosi ze statusem wychowanków Hutnika. Dwudziestolatek Krzysztof Przytuła i rok młodsi od niego Marcin Makuch oraz Marcin Wasilewski. Każdy z nich zagrał potem w Ekstraklasie.

Jeszcze w czasach gry w Hutniku Kraków, Marcin Wasilewski był powoływany do młodzieżowej reprezentacji Polski (trzeci z lewej)
U progu piłkarskiej dojrzałości musieli jednak przełknąć gorzką pigułkę spadku. Choć omal nie wyeliminowali Polonii Warszawa z Pucharu Polski, to zmagania na drugim szczeblu rozgrywkowym skończyli na 17. miejscu w 24-zespołowej lidze. Wobec reorganizacji rozgrywek oznaczało to tylko miano "najwyżej sklasyfikowanego ze spadkowiczów". Nastrój - przynajmniej dla klubowego księgowego - ocieplało jednak nadchodzące lato. Gorący okres, tak na zewnątrz, jak i na liniach telefonicznych biegnących do klubu z Nowej Huty.
LATO TRZECH KLUBÓW
Dreikaiserjahr. Z tym terminem dość szybko zapoznają się uczniowie niemieckich podstawówek. Oznacza on "Rok Trzech Cesarzy". Tak określany jest 1888 rok w którym Prusami rządziło aż trzech monarchów. Dla zapamiętania szczególnej daty używane jest powiedzenie "Drei achten, drei kaiser" ("trzy ósemki, trzech cesarzy"). Na wzór tej maksymy Marcin Wasilewski mógłby powiedzieć o swojej sytuacji latem 2000 roku - "trzy zera, trzy kluby".
W ostatnim dniu kalendarzowej wiosny "Wasyl" grał jeszcze w II-ligowych zmaganiach przeciwko Lechii Gdańsk w barwach Hutnika. Upłynął ledwie tydzień, a młody gracz zameldował się kilka kilometrów dalej. Wraz z dwoma kolegami z poprzedniego klubu, Arturem Prokopem i Dariuszem Łatką, trafił na testy do ekipy ówczesnych wicemistrzów Polski - Wisły Kraków. W sparingu z Ruchem Radzionków zmienił on po przerwie Tomasza Kulawika. Na występ w oficjalnym spotkaniu w barwach Białej Gwiazdy, musiał jednak zaczekać do 2017 roku.
Jego macierzyty klub znalazł bowiem lepszego kupca i rychło wycofał się z rozmów z Białą Gwiazdą. Kilkanaście dni później Wasilewski rywalizował przeciwko Wiślakom, jako przedstawiciel... GKS Katowice. - W sparingu jeszcze nie wszystko wyglądało, jakbym tego chciał, ale z dnia na dzień powinno być coraz lepiej - oceniał sam "Wasyl" dla prasy swą postawę.
Beniaminek Ekstraklasy znał go dobrze choćby ze zmagań drugoligowych. A i "Wasylowi" ta oferta pasowała logistycznie. Nie musiał nawet opuszczać Krakowa, tylko zdecydował się dojeżdżać autem do Katowic wraz z nowymi kolegami klubowymi - Krzysztofem Bukalskim i Markiem Świerczewskim. Ta trójka zyskała w prasie śląskiej miano "krakowskiego tria".
Marcin Wasilewski jako piłkarz GKS Katowice w Skarbie Kibica "Trybuny Śląskiej" z 22 lipca 2000 roku
- Po spadku z II ligi wszystko się rozleciało. Chcąc podnosić swoje umięjętności skorzystałem z oferty GKS. - uzasadniał swój wybór. Prasa używała już co do jego transferu czasu dokonanego. "Wasyl" uczestniczył w zgrupowaniu przedsezonowym Gieksy w Wiśle i znalazł się w Skarbie Kibica w składzie katowickiej ekipy, a także w rubryce "przyszli". Wziął też udział w spotkaniu z prezydentem Katowic, Piotrem Uszokiem i podpisał pamiątkową koszulkę dla niego.
Pod koniec lipca - już po rozegraniu pierwszej kolejki - gruchnęła jednak wiadomość o powrocie młodego zawodnika do Hutnika Kraków... - Powodem były finanse - lakonicznie stwierdziła "Trybuna Śląska"
Ściągał go jeszcze Paweł Kowalski, który wprowadził GKS do najwyższej ligi. Był wielkim orędownikiem transferu "Wasyla" i to w duecie z innym nowohucianinem - Arturem Prokopem. Szkoleniowcowi nie dane było jednak poprowadzić tego klubu w Ekstraklasie. W trakcie przygotowań przed inauguracją Ekstraklasy zastąpił go bowiem Bogusław Kaczmarek. Ale chyba nie to było głównym powodem do nagłej zmiany przynależności Wasilewskiego. Młodzieżowiec zdążył bowiem zaliczyć okres przygotowawczy pod okiem "Bobo".
CIEMNA SZATNIA
Tak się złożyło, że obaj beniaminkowie Ekstraklasy w sezonie 2000/2001 w czasie przerwy letniej dokonali roszad na stanowisku szkoleniowca. W GKS powodem tego działania stały się napięte stosunki Kowalskiego z władzami klubu. W Śląsku Wrocław z przyczyn zdrowotnych z pracy zrezygnował z kolei twórca awansu - Jan Caliński. W jego miejsce w lipcu ściągnięty został Władysław Łach.
Akurat w niedalekiej przeszłości od jego kadencji rozpoczął się najlepszy okres w historii Hutnika Kraków. To on wprowadził go po raz pierwszy do Ekstraklasy, a następnie osiągnął z nim piąte miejsce. Przy drugim podejściu, w 1997 roku, nie zdołał go jednak uchronić od spadku. Zarówno szkoleniowiec - tymczasowo - jak i klub - już na stałe - zeszli do niższych klas. Choć ich drogi się rozeszły, to widocznie Łach nie stracił z celownika dawnego miejsca pracy, ani dobrych kontaktów z miejscowymi działaczami.

Władysław Łach - to on dał szansę debiutu w Ekstraklasie "Wasylowi".
- Śląsk Wrocław czyni gorączkowe starania o pozyskanie Marcina Wasilewskiego, który jeszcze przed paroma dniami był bliski angażu w GKS Katowice - pisała "Gazeta Wyborcza" przed trzecią kolejką rozgrywek. Tydzień później oficjalnie został już zawodnikiem tego klubu.
Wielu dziwiło się takiemu wyborowi. Beniaminek nie był wtedy w najlepszej kondycji finansowej. Kiedy "Wasyl" trafił do klubu, w szatni panowała... ciemność, wskutek odcięcia prądu. Młodzieżowego reprezentanta Polski, udało się jednak skusić przejściem do Wrocławia mimo tych niedogodności.
PRZECIWKO SEKRETARZOWI
Nie trafił też na najlepszy sportowo okres klubu. Wrocławianie zaczęli sezon od wygranej 1:0 nad Górnikiem Zabrze, ale w trzech następnych kolejkach uzbierali jednak zaledwie jeden punkt i zajmowali ledwie jedenaste miejsce.
Szkoleniowiec Śląska Wrocław na początku sezonu nie miał jeszcze jasnej wizji linii obrony. Z powodu kontuzji wypadł mu ze składu potężnie zbudowany Piotr Jawny. Po różnych pozycjach rotował Krzysztofem Janusem, Krzysztofem Sadzawickim i Mirosławem Milewskim. U ich boku dawał zaś szansę Piotrowi Stokowcowi lub Ireneuszowi Kowalskiemu. Eksperymentował też z systemem gry. Na Stomil Olsztyn wyszedł nawet pięcioma defensorami.
Do tego meczu większą liczbę straconych bramek od Śląska w całej stawce posiadały tylko Ruch Chorzów i Ruch Radzionków, sklasyfikowane na ostatnich pozycjach. I ze Stomilem wrocławianie nie zdołali utrzymać czystego konta. Tomasza Gruszkę pokonał bowiem obecny sekretarz generalny PZPN - Maciej Sawicki. "Wasyl" nie mógł temu zapobiec, bo oglądał to wydarzenie jeszcze z ławki rezerwowych.
POWITALNE GWIZDY
Do dziś nie tak trudno znaleźć we Wrocławiu osoby z rozrzewnieniem wspominające dawny obiekt Śląska przy ulicy Oporowskiej, mimo okazałości, nowoczesności i dumnej sylwetki jego następcy. Na starym stadionie strome trybuny wyrastały tuż nad murawą. Bliskość wszelakich pomruków ze stadionu potęgowała też dobra akustyka. Każdy okrzyk na murawie odbijał się potężnym echem, a co dopiero mówić gdy jakieś pięć tysięcy gardeł wydało z siebie przeraźliwy gwizd.
Przy takim złowrogim akompaniamencie w sierpniu 2000 roku witał się z Ekstraklasą Marcin Wasilewski. Nie on jednak był ich głównym adresatem.
Głównym winowajcą wyniku 0:1 ze Stomilem fani uznali bowiem napastnika wrocławskiej drużyny - Piotra Włodarczyka. Jeszcze w I połowie zmarnował trzy czyste sytuacje, w tym "sam na sam" z 7 metrów. - Nie wiem czy to brak szczęścia, czy umiejętności. Kibice wygwizdali Włodarczyka, ale myślę, ze podteksty tej sytuacji są inne. - stwierdził Władysław Łach po spotkaniu.

Marcin Wasilewski zadebiutował w Ekstraklasie 19 sierpnia 2000 roku przeciwko Stomilowi Olsztyn
W bój za niego na ostatnie czternaście minut regulaminowego czasu gry przeciwko olsztynianom nie posłał zaś żadnego z rezerwowych ofensywnych graczy, ale nieco zaskakująco... Marcina Wasilewskiego! Dziś "Wasyl" kojarzony jest głównie z grą w obronie. Na początku swojej kariery wcale nie tak rzadko bywał jednak ustawiany na prawej pomocy. Dowód jego umiejętności z przodu stanowiły choćby bramki uzyskane w zwycięskim finale Mistrzostw Polski U-17, zaledwie trzy lata przed ligowym debiutem. Może więc szkoleniowiec liczył na ten łut ofensywnych umiejętności? Roszada jednak nie przyniosła powodzenia. Wrocławianie zakończyli to premierowe starcie w karierze Wasilewskiego porażką 0:1.
Niezależnie od wyniku, trzeba przyznać, że Władysław Łach miał wyjątkową rękę do wprowadzania utalentowanych zawodników do składu. To pod jego okiem zadebiutowali w Ekstraklasie Tomasz Hajto, Marek Koźmiński, Kazimierz Węgrzyn, Krzysztof Bukalski, Mirosław Waligóra, Dariusz Romuzga. A we Wrocławiu tę galerię uzupełnił "Wasyl".
KOLEDZY TRENERZY
Kuźnią niezwykłych osobowości była szatnia Śląska z debiutanckiego sezonu Marcina Wasilewskiego w Ekstraklasie. Dziś jeden z jej członków, Piotr Stokowiec, ma już na koncie dwa brązowe medale i Puchar Polski w roli trenera, Jacek Paszulewicz prowadził zespoły w I i II lidze, a Grzegorz Szamotulski odpowiada za szkolenie bramkarzy w w KGHM Zagłębiu Lubin. Arkadiusz Aleksander wprowadził zaś Sandecję Nowy Sącz do Ekstraklasy w roli dyrektora sportowego. Identyczną funkcję dziś we Wrocławiu pełni inny z kolegów klubowych Marcina Wasilewskiego z dnia jego debiutu - Dariusz Sztylka.
Wszyscy oni dziś przeszli już na drugą stronę piłkarskiej barykady. Marcin Wasilewski, niezrównany twardziel, natomiast wytrwał na swym posterunku. Jeśli będzie na nim jeszcze za dziewięć miesięćy, wtedy stanie się pierwszym piłkarzem z jubileuszem dwudziestu lat spędzonym w roli zawodnika najwyższej ligi od Łukasza Surmy (2016).
???? #WISPIA 0:0
— PKO BP Ekstraklasa (@_Ekstraklasa_) October 18, 2019
Zaczynamy drugie spotkanie 12. kolejki sezonu 2019/2020 - Marcin Wasilewski rozegra 200. mecz w #Ekstraklasa! Gratulacje???? pic.twitter.com/R4WwfsW8I6
Dyrektorski garnitur lub trenerski dres jeszcze wiszą w szafie. On nadal przywdziewa koszulkę piłkarską w Ekstraklasie, zaś część jego meczów komentuje inny z druhów - Remigiusz Jezierski.
Już dziś nie ma okazji do spotkań z klubowymi kolegami z debiutanckiego sezonu na boisku. Ostatni z nich, Mateusz Żytko, swój poprzedni mecz na tym szczeblu rozegrał w 2015 roku.
Tak się też złożyło, że "Wasyl" w całej swojej karierze przeciwko drużynie, w której zadebiutował w Ekstraklasie, wystąpił zaledwie dwa razy w życiu, i to już po powrocie z Anglii. W następnym sezonie, jeszcze z Wasilewskim w składzie wrocławianie bowiem spadli na drugi szczebel. Z powrotem w elicie pojawili się już pod nieobecność reprezentacyjnego obrońcy. Po raz pierwszy mierzył się z nimi w ubiegłym sezonie. W obu starciach z nim w składzie Wisła pokonała Śląsk 1:0.